style="background-repeat:repeat-y;">
Księga Pamiątkowa

Wpisz się.
Przejrzyj.




Dodaj do ulubionych

Czat

Kontakt

Było tu czarodziejów

OGŁOSZENIA DROBNE

Ruszył nowy projekt: http://crux-interpretum.mylog.pl < w imieniu swoim i Madzi - zapraszam. (;

>>>To, tak jakby, koniec. A może początek czegoś nowego, lepszego? Być może.
Dziękuję Wam za te wszystkie miesiące, lata, kiedy byliście ze mną. Tym najwytrwalszym. Jednocześnie przepraszam, bo być może nie napisałam historii Lily tak, jak mogłaby być napisana. I długo zwlekałam.
Mimo wszystko jednak, jestem dumna, wiecie? Skończone.



Sznurki

Najlepsze o Lily
Evans, Lilek. Teraz już Evans, Potter.
Pamiętnik Lily-E

Czytam
Kind of miracle
Jennifer Eagle
Astal



oceny-fanfictionstory-of-lilyann

Przeszłość

2004
listopad (2)
grudzień (21)

2005
styczeń (5)
luty (3)
marzec (4)
kwiecień (3)
maj (5)
czerwiec (4)
lipiec (2)
sierpien (2)
wrzesień (3)
październik (3)
listopad (1)
grudzień (2)

2006
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (2)
czerwiec (2)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2007
marzec (1)
czerwiec (1)
wrzesień (1)

2008
styczeń (1)




Okładka

Carrie dla Alexandry; i z miłości do tego opowiadania.
Rysunek od zdolnej fanartystki, tekstura i Mroczny Znak pożyczone stąd, całość doprawiona XIX-wieczną poezją Edgara Allana Poe.
PODOBA SIĘ?

The story…

...Nieosiągalne jest to, co poza. A oni byli odważni... >> piątek, 4 stycznia 2008 21:35:29
Lily obudziła się wczesnym rankiem, kiedy Dolina Godryka spowita była jeszcze mgłą. Okolica sprawiała wrażenie wyludnionej i mimowolnie Lily poczuła się, jakby również była sama, choć w łóżeczku, w tym samym pokoju smacznie spał jej syn, Harry.
Stała przy oknie, zmuszając się do zachowania spokoju. Nie dopuściła do siebie rozpaczy, ani dezorientacji. Nie teraz, kiedy była matką. Matki nie mogą tracić kontroli.
Obróciła się gwałtownie i odgarnęła z twarzy parę kosmyków, oddychając głęboko. Twarz, tak łatwo rumieniąca się przy każdej okazji – odwieczne przekleństwo rudych włosów i zbyt jasnej cery – teraz zdawała się być biała jak papier.
Gdyby któryś z mieszkańców wyjrzał przez okno lub zechciałoby mu się sprawdzić, czy pod drzwi dostarczono już mleko i wyszedłby na zewnątrz, przypadkiem spoglądając prosto na Lily, nie zobaczyłby jej. Jej sąsiad, nieświadomy niczego i szczęśliwy pan Blethyn, czy też jego żona o niepokojących, czarnych oczach, nie dostrzegliby jej. Widzieliby tylko parapet następnego domostwa.
Bezpieczeństwo raz na zawsze zostało powierzone Peterowi Pettigrew. Teraz pani Potter była osłonięta przed wścibskimi spojrzeniami sąsiadów, a jej widmowa postać nie wzbudziłaby żadnego zainteresowania.
Spojrzała na zegarek, z roztargnieniem podchodząc do łóżeczka i poprawiła na Harry’m różnobarwną pościel.
Miał kruczoczarne włosy, zupełnie jak tata i Lily z dumą oraz niekłamaną przyjemnością rozgarniała je dłońmi. Teraz też nie mogła się powstrzymać, choć jej palce były zimne, a ich dotyk mógł go zbudzić.
Może podświadomie liczyła na to, wzięta w zaborcze ramiona samotności.
Harry przewrócił się na drugi boczek i mlasnął cicho.
Jego matka z pewnością chciałaby choć przez chwilę spać tak spokojnie i smacznie. Może również pragnęłaby wrócić do czasów dzieciństwa. Sińce pod oczami nie są tym, o czym marzą młode kobiety. W podobnych okolicznościach ucieczka w przeszłość to zwykle możliwość nader kusząca.
Lily chwyciła za byle jaką książkę i usiadła na łóżku, tępo wpatrując się w kartki zadrukowane drobną czcionką, wręcz maczkiem. Nie podobało jej się, że musi tyle czekać.
Zresztą, nie tyle co czekać; bo czekać nie trzeba przecież bezczynnie.

Lily Potter wie, na czym polega wojna. Postara się, by jej rodzina przeżyła ją spokojnie, jak najmniej przy tym cierpiąc. W tym okresie swojego życia, najbardziej niepewnym i zarazem ostatnim, wie już, na czym stoi świat. Wydaje jej się, że zna receptę na możliwie jak najlepsze zakończenie.
Wydaje jej się.
Zna receptę.
Możliwie najlepsze zakończenie.
W końcu, każdy ma prawo do błędu. Może nawet kilku.

James Potter pojawił się w domu dopiero późnym popołudniem, kiedy w okolicy zaroiło się od ludzi wracających z pracy.
Na pierwszy rzut oka można było powiedzieć, iż jest on jednym z nich. Niemal nienaganne ubranie, tylko troszkę pomięte i poplamione, sprawiało, że wyglądał jak artysta. Nerwowe ruchy, okulary i nieład na głowie przywodziły na myśl zawód pisarza. Bardzo by się zdziwili ci mugole, że mają do czynienia z niegdyś najlepszym sportowcem w Hogwarcie!
James, istotnie, był podobny do nich jedynie na pierwszy rzut oka. Nie spał od wielu dni; eliksiry wspomagające nie były w stanie w owym czasie zastąpić porządnego snu we własnym łóżku, toteż nie należy się dziwić, że ledwo dotarł do domu.
Z wysiłkiem pokonał schody i cicho zamknął za sobą drzwi. Taki zwyczaj. Nie teleportował się bezpośrednio do domu, by podczas spaceru możliwie jak najbardziej wrócić do normalności.
Dla kobiety, która właśnie wyłoniła się z kuchni.
- Jesteś wreszcie – powiedziała Lily, jakby widzieli się dzisiejszego ranka i mieli czas na konwersację oraz pożegnalny, konwencjonalny pocałunek w policzek.
- Jestem – odparł, powoli ściągając z siebie płaszcz i odłożył na stolik różdżkę.
Uśmiechnęła się słabo, widząc, że znów zmizerniał. Już i tak chudy, Potter, ten hultaj, miał zapadnięte policzki.
- Zaraz podam ci obiad.
Wycofała się w głąb domu, skąd rozbrzmiewał przytłumiony śmiech kilkumiesięcznego dziecka.
James westchnął. Wrócił do nich po kilkudniowej nieobecności, po raz kolejny nie na długo. Odpocznie, nabierze sił i znowu będzie musiał wracać tam, gdzie wzywają go obowiązki.
- Do diabła z tym – mruknął gniewnie, bezwiednie tarmosząc już i tak rozczochrane włosy i poprawił na nosie okulary.
To oni byli dla niego najważniejsi. Zawsze; jego Lily, ta uparta, odważna dziewczyna, żona. Jego Lily i ich syn, Harry, który miał jej oczy.
Włożył dłonie do kieszeni, jak winowajca i ruszył parę kroków wprzód, rozglądając się. Jednocześnie odetchnął z ulgą, że nic się nie zmieniło.
- Co miałoby się zmienić, nie było cię tylko kilka dni – szepnął do siebie.
James nabrał po narodzinach Harry’ego dziwnego zwyczaju rozmawiania sam ze sobą, jakby jego głos mógł dodać mu odwagi nie tylko w decydujących starciach ze śmierciożercami, ale także w życiu.
Lily udawała, że tego nie zauważa, tak jak udawała, że nie widzi również jego nieobecności. Sławny temperament schowała do kieszeni. Nie chciała denerwować Jamesa, ani wywoływać w nim poczucia winy.
- Jak wam poszło? – zapytała, stawiając przed nim talerz z zupą i usiadła obok, splatając dłonie na podołku.
Ryże włosy opadały na jej zmęczoną twarz, uwolniwszy się ze splotów niedbale zaplecionego, francuskiego warkocza.
- Wight nie wyślizgnął im się z łap – rzekł James, starając się mówić spokojnie.
Skinęła głową, zaciskając palce na kolanach.
- Jak z resztą? Poradzili sobie? – spytała pospiesznie, zanim gula w gardle uniemożliwiłaby jej rozmowę.
James zmarszczył brwi, odkładając łyżkę.
- Peter, co zastanawiające, odnosi najmniej obrażeń – odparł. – Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że ma tak dobry refleks.
Zagryzła wargi, nerwowo odgarniając włosy na bok.
- Przyniosę Harry’ego – powiedziała.
Spojrzał za nią, wzdychając ciężko. Wiedział, że przy ich synu mogą pozwolić sobie na zapomnienie. Wtedy byli tylko oni, ich dom, ich mały świat, a między nimi żadnej wojny. Żadnego obowiązku nadanego z góry przez świat.

James Potter wie, na czym polega wojna. Stara się, by Lily i ich syn mieli z nią jak najmniej do czynienia. Wie, że jest wyniszczająca i sądzi, że jej synonim to destrukcja. Wydaje mu się, że jeśli bardzo się postara, jest w stanie sprostać wymaganiom i ochronić więcej istnień. Wierzy, że odwagą można załatwić wiele, bardzo wiele i jest w tej materii nieodrodnym Gryfonem.
Naraża życie.
Jest pewny siebie.
Jest szybki i zahartowany.
On też, tak jak każdy, ma prawo do błędów.

Harry Potter, syn Lily i Jamesa Potterów. Dziecko radosne, szczęśliwe, kochane. Szczupły chłopczyk o zbyt dużej główce w porównaniu do tułowia, bezsprzecznie najzdrowszy w całej Dolinie Godryka.
Patrzy na mamę roziskrzonymi, zielonymi oczyma, takimi jak jej własne i śmieje się, jeszcze bezzębnym uśmiechem, zdany tylko na nią i na tatę, po którym odziedziczył włosy i wszystko inne, także kościste kolana.
Harry Potter, który jeszcze nie zna słów „przeznaczenie” i „obowiązek”; wiele czasu minie, zanim wreszcie je pozna.
Tymczasem jest szczęśliwy. Radosny i pełen energii wymachuje drobnymi rączkami i skacze, a jego małe serduszko pęcznieje z miłości.
Patrzcie na mnie! Mamo, tato, patrzcie!
Po dniu pełnym zabawy, poznania i leciutkich łaskotek zasypia w łóżeczku, ze zwiniętymi piąstkami, z błogim wyrazem twarzy.
Lily rozgarnia mu włoski zimnymi opuszkami. Gdyby potrafił mówić, powiedziałby pewnie, że to najprzyjemniejsza pieszczota pod słońcem.

- James, nie narażaj się niepotrzebnie – szepnęła Lily, wpatrując się w ciemność i przewróciła się na plecy.
James ścisnął poduszkę i ziewnął, nie mogąc się powstrzymać. Jego ciało w kontakcie z miękką pościelą starało się przejąć kontrolę nad umysłem.
- Nie narażam się – mruknął marudnie.
- Chcę tylko, żebyś pamiętał. O nas. I o tym, że czekamy tu na ciebie i na twój powrót.
Otworzył z trudem jedno oko, choć wiedział, że i tak jej nie dojrzy – chmury przesłoniły księżyc; po omacku złapał ją za dłoń.
- Wrócę, Lily. Do ciebie i do Harry’ego. Zawsze.

***

Żeby tak pobrać się i wyjechać w pośpiechu…
Niebagatelne życzenie niekonwencjonalnej dziewczyny, która miała dość wojny i wszystkiego, co z nią związane.
- Mam dość – powiedziała pewnego dnia Doris Crockford, postanawiając być odtąd szczerą, choć nie wiadomo po co, bo w pokoju, prócz niej, nie było nikogo.
Otwarła szeroko oczy. Miała wrażenie, że stoi na skraju długiej na kilkanaście stóp kładki i ma do wyboru zostać przy biedniejszej, niebezpieczniejszej stronie, wraz z przyjaciółmi, bądź… Iść tam, gdzieś daleko, w nieznane, bez nich.
Upojona ich obecnością przez długi czas nie zauważała, że tu nie pasuje. W Londynie, tym mieście, nad którym unosił się zapach spalin, w którym brakowało świeżego powietrza, nie było dla niej miejsca, przynajmniej w jej myślach. Nie było.
Doris bała się, że popełni jakiś błąd. Miała wrażenie, że oczy całego świata są od niej odwrócone, a przecież wiadomo powszechnie, iż pragnie czegoś ponad. Uwagi.
Wszyscy skupili się na śmierciożercach.
Nie, oczywiście, że jeszcze nie upadła tak nisko, by ściągać na siebie czyjąkolwiek uwagę poprzez przejście do obozu wroga, ale…
Zagryzła wargę, słysząc w korytarzu czyjeś ciche kroki.
- Remus, to ty? – zapytała głośno, bosymi stopami szurając po podłodze.
- Tak, to ja – odparł, zaglądając do niej na sekundę i otworzył szerzej drzwi, wędrując po mieszkaniu to tu, to tam. – Wpadłem na chwilę – oświadczył. – Mamy w domu jeszcze trochę mleka?
- Po co ci mleko? – zapytała podejrzliwie, mrużąc oczy i chcąc nie chcąc przerwała rozmyślania nad ucieczką w nieznane.
Wzruszył ramionami.
- Chce mi się pić, a Dumbledore wysłał mi sowę z dalszymi wskazówkami.
Westchnęła ciężko, zgarniając włosy w kitkę i podeszła do stolika po spinkę.
- Mam iść z tobą? – zapytała ze znużeniem.
Remus obrócił się raptownie, odrzucając grzywkę z oczu i wycelował w nią palce wskazujące, kiwając głową.
- Tak, tak, tak – mruczał pod nosem. – Będziesz mi potrzebna, będziesz mi potrzebna.
Powędrował do kuchni, drapiąc się po brodzie.
- Doris, ubierz się ciepło, żadnych kozaków, czy innych butów na obcasie!
Stanęła w drzwiach, wyszykowana jak komandos.
- Może być?

Brnęli przez ciemność jak para starych, wojennych wyjadaczy. Remus z pewnością nim był, ona – niekoniecznie. Czasami Doris miała wrażenie, że to wszystko nie ma żadnego sensu. Ta cała maskarada.
Bo czy rzeczywiście to nie była jakaś wcale nie śmieszna komedia, w której grali główne role? Czarodzieje dzielili się na dobrych i złych, a wszyscy byli równie stuknięci i wzajem siebie warci. Jedni gorsi od drugich. Banda wariatów wymachujących różdżkami.
Och, czemuż nie urodziła się mugolką? Nie musiałaby uczestniczyć w tej całej dramatycznej imprezie. Jedni wybijają drugich, a to dlaczego? By chronić inny świat, świat tych bardziej normalnych, którzy są bezbronni, którym grozi niebezpieczeństwo. A wszystko przez jednego, zapyziałego Lorda Voldecośtam.
Nie czytała gazet dokładnie, nie obchodziło jej, co w nich piszą. Prorok Codzienny nie zaskakiwał jej ostatnimi czasy pozytywnie, jak jeszcze dawniej mu się zdarzało.
Dla postronnych Doris wydawała się wręcz przerażona kolejnymi wydaniami. Szybciej robiąc niż myśląc, często wrzucała najświeższe wiadomości prosto do śmieci. I nigdy nie włączała się do akcji. Nigdy, chyba że chodziło o Remusa, jej najlepszego przyjaciela.
To znaczy, wydawało jej się, że jest jej przyjacielem. Przecież dobrze się rozumieli. Potrafili się razem śmiać, znała jego tajemnicę…
Spojrzała na Remusa z ukosa, rozcierając ręce. Tak, jemu może pomagać. Przeżuwał akurat dziesiątego batonika.
- Zrobiłabym ci jajecznicę – powiedziała z przekąsem, rozglądając się.
Kiedyś nigdy w życiu nie zaproponowałaby tego żadnemu mężczyźnie. Remus jednak, to co innego. Trwała wojna. To już nie były potyczki, tak jak kiedyś, jedna na miesiąc. W Ministerstwie Magii roiło się od szpiegów. Kiedy spoglądało się na tych wszystkich wypacykowanych, przebrzydłych… Doris, spokojnie, mitygowała się w myślach… Ludzi czystej krwi, wiedziało się, że to oni, to oni są za wszystko odpowiedzialni.
Nie mogła przeciw nim wystąpić. Nie chciała. Była zbyt leniwa, zbyt krępa, zbyt… Nieważne. Nie chciała.
- Nie ma czasu – odparł Remus, tym razem nie zaszczycając jej spojrzeniem. – Syriusz na nas czeka, a Peter pewnie umiera ze strachu.
Prychnęła cicho.
- Jest taki bezużyteczny – powiedziała, nie mogąc powstrzymać cisnącej jej się w usta pogardy.
- Nie mów tak – rzekł z przyganą Remus. – Peter pomaga nam, choć nie chce, narażając życie.
Doris prychnęła nieco głośniej.
- Wiele mi z tego, nie ufam mu!
Remus nie skomentował jej słów, jakby na złość. Resztę drogi przeszli w milczeniu.

Doris miała przeczucie.
W powietrzu unosił się odór zagłady, niepowetowanej straty, w każdym razie jakaś katastrofa.
Obgryzała skórkę wokół kciuka, spoglądając na nieogolonego Syriusza i trzęsącego się Petera beznamiętnym wzrokiem. Nie podobało jej się, że nie ma na sobie obcasów, była bez nich dużo niższa i denerwowały ją te ich spojrzenia z tak wysoka.
A ona miała przeczucie.
Może to nic takiego, wiedzieć, że za chwilę wszystko runie. A jeśli nie za chwilę, to za jakiś czas. Miesiąc, może dwa, może trzy. W każdym razie, runie, runie niebawem i nikt, nikt nie powie jej, że nie ostrzegała!
Peter łypał na nią spod byka. Jego oczy przerażały ją, choć zadziornie wysunęła podbródek.
Jakby mówił: pożałujesz.
Wtedy zrozumiała, że nie może wyjechać.

***

Tej nocy, która miała odmienić świat czarodziejów na przeszło kilkanaście lat, James Potter wrócił do domu. Był zmęczony, tak strasznie zmęczony ciągłymi walkami…
Lily, jego słodka Lily, też była zmęczona. Widział znużenie w jej oczach i ruchach. Kiedyś poruszała się energicznie, teraz ociężale.
Wojna ich wyniszczała, co nie znaczy, że nie byli szczęśliwi. W tym domu, mieszczącym się w Dolinie Godryka, byli. Z pewnością. Musieli być. Czuli się tam szczęśliwi.
Marzyli o końcu tej bezsensownej szarpaniny, tego biegania w kółko wokół ciemnych peleryn. Z tego wszystkiego mijali znaki, które mogłyby doprowadzić ich do innych rozwiązań, może uchronić od przeznaczenia.
Jednocześnie byli przygotowani. Na tyle, na ile można przygotować się na śmiertelny cios.
Niespokojna pani Potter, w ostatnim czasie nieco neurotyczna, przewrażliwiona i pan Potter, spokojny pan domu. Wesołek, który przestał się śmiać. I dziecko, owoc miłości, najukochańsza istota, która miała ocaleć.
Dwa słowa, cztery w sumie, by posłać parę do piachu.
Tego chciałeś, prawda, Voldemorcie?

- Tego chciałeś, prawda, Peter?! Chciałeś się zemścić, nie wiem za co, ale ci się nie uda, słyszysz, nie uda ci się, bo drżysz jak osika, wiesz, że zaraz cię dopadnę, a jak dopadnę, zabiję!
Słowa, które rozpłynęły się w nicości wraz z rykiem silnika.
Syriuszowi szumiało w uszach. Krew uderzała mu do głowy, żyły na szyi i skroni pulsowały boleśnie. Adrenalina nie pozwalała mu zwolnić.
Wpadł na jedną z głównych ulic, w pobliżu było mnóstwo mugoli. Dziwne, ale był zbyt otępiały, żeby o tym myśleć. Pałał żądzą mordu i ta zbrodnia, jeszcze niedokonana, jątrzyła go boleśnie.
I czuł tylko nienawiść; wrogość tak silną, że niemal obezwładniającą.
Był przegrany. Samotny.
Tak bardzo bolało go serce, że musiał zacząć się śmiać, by nie zwariować, kiedy zobaczył przed sobą kawałek palca tego szczura, łajdaka.

***

Wszyscy wiedzą, jak skończyła się ta historia. Opowieść zbyt zawiła i zbyt skomplikowana, by pojąć ją od razu i spisać, maczając pióro w kałamarzu.
Strata jest pewną formą rozwoju. Tak jak przyjęcie kogoś do rodziny, choć niechętne.
Kobieta o końskiej twarzy pochyliła się nad zawiniątkiem i skrzywiła się z obrzydzeniem, bo z zasady nie lubiła podrzutków i ujęła koniuszkami palców dołączony do dziecka list.
Tego ranka obudził Harry’ego pełen trwogi wrzask.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [37]

...Narodziny... >> wtorek, 25 września 2007 18:45:02
- Syn.
Niby proste słowo. Lekarz nie miał problemu z wymową, on tym bardziej nie powinien, a jednak…
Oszołomienie to zbyt proste określenie, jeśli mowa o jego stanie emocjonalnym. James Potter doznawał bowiem swoistego stanu upojenia. Czegoś w rodzaju katharsis, ale pełniejszego, bo i bardziej upragnionego.
Być może było to po prostu szczęście.
Dopiero po chwili pozwolono mu wejść do środka. Tam, gdzie, pośród krzyku i bólu, Lily Potter urodziła jego pierwsze dziecko.
Syna.
W myślach wyraz ten nabierał coraz to nowych znaczeń. Litery czule i miękko formowały się w ciąg, dając słodkie poczucie spełnienia.
Nie, bynajmniej nie rozchodziło się tylko i wyłącznie o przekazanie genów.
Wszedł do środka, dzierżąc w dłoni bukiet czerwonych róż. Wyraz miłości, oddania – gest trywialny wobec zdarzenia, jakiego był świadkiem.
Mistycyzm unosił się w powietrzu wraz z zapachem Lily, jego Lily, oraz ich dziecka.
Świadomość odpowiedzialności, jaka spoczęła na ich barki wraz z nadejściem potomka, jeszcze do niego nie dotarła. Na to przyjdzie czas później, póki co…
Dotknął mokrego od potu policzka współmałżonki i westchnął, spoglądając nieśmiało w twarz dzieciątka – dziwnie kruchego pośród szpitalnej pościeli, pomarszczonego i bezbronnego.
Tkliwość.
Nieznajomy wydźwięk znanych uczuć.
Czy takie jest ojcostwo? Poczucie przynależności? Więź zdaje się ta sama, a jednak inna?
- Jak się czujesz?
Zacisnął powieki. Jakby własny szept burzył atmosferę czegoś wzniosłego i wartego zapamiętania w stanie nietkniętym.
Lily. Pani Potter. Zmęczona kobieta ze szczęściem wypisanym na twarzy. Łagodna, spokojna, czule zerkała na leżące w pobliżu zawiniątko. Uśmiechnęła się do Jamesa, dając mu do zrozumienia, że tak, właściwie, to czuje się całkiem dobrze.
***

Harry Potter, ku niezadowoleniu Jamesa, z reguły witał ludzi płaczem. Najlepiej spało mu się na brzuszku, z główką ułożoną na prawym boku i kciukiem w drobnych usteczkach.
Lily patrzyła na niego jak na ósmy cud świata, a James nie mógł się nadziwić, jak z wątłego noworodka przeistacza się w tłuściutkie niemowlę.
Największa jednak zmiana od czasu narodzin Harry’ego nastąpiła w zachowaniu Syriusza Blacka. Peter Pettigrew, który od czasu do czasu zjawiał się w domu Potterów, wręcz nie mógł na niego patrzeć.
W tym samym mniej więcej czasie osiedlili się bowiem w Dolinie Godryka, a on został Strażnikiem Tajemnicy.
***

Kolejna cisza przed burzą.
W powietrzu unosił się zapach świeżo koszonej trawy, kiedy Doris Crockford malowała paznokcie, siedząc na werandzie z maleńkim Harry’m.
Co tu dużo mówić, robiła za niańkę.
Lily i James, no tak, wybrali się na małe co nieco w postaci romantycznego wypadu do jakiejś wybitnie zapadłej wiochy na południu Anglii.
Ranek mijał jej w atmosferze wyczekiwania na ich powrót. Remus wykręcił się od opieki nad dzieciakiem, Syriusz miał robotę, a Petera nawet nie pytała, bo po co.
Westchnęła ciężko, spoglądając w ołowiane niebo, gdy nagle usta dziecka rozwarły się, a z małego ciałka wydobył się niesamowity skowyt.
Och, to znaczy, płacz.
Doris przewróciła oczyma, w spokoju dokańczając mały palec u prawej dłoni i wzięła go na ręce jak gdyby nigdy nic.
- Hm – mruknęła odkrywczo. – Co ci jest, robaczku?
Pierwsze, o czym pomyślała niewykwalifikowana, nieobyta wobec dzieci kobieta, to jedzenie.
- Ciocia Doris zrobi ci mleczka, kochanieńki, mleczka, taak – mruknęła z niechęcią, wchodząc do domu i układając go między białymi kocykami.
A jak się darł! O matko! Aż się zrobił siny!
Z powrotem wzięła go w ramiona i pobiegła do kuchni. Mleko w proszku, o nie, mleko w proszku. Jest.
Wypił. No, proszę.
Doris, dumna jak paw, że poradziła sobie z niemowlakiem, znowu usiadła na werandzie.
Lecz jej spokój nie trwał długo.
Harry po raz kolejny zaczął się drzeć. I to jeszcze głośniej niż wcześniej.
A w jej głowie pojawiła się nie dająca spokoju myśl: „O Boże, nie wiem, jak się go przewija”.
***

Wracał do domu, nucąc pod nosem chwytną melodię czarodziejskiego przeboju pod tytułem „Czarownica Dolores” i uśmiechał się do wszystkich napotkanych po drodze ludzi, jakby był najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.
Dobra, to lekka przesada; w każdym razie, Syriusz Black niewątpliwie zdawał się być zadowolony. Może wpływał nań fakt, że czuł się wreszcie potrzebny.
Mimo wojny, zamieszek i śmierciożerców.
Zmarszczył brwi, gdy drogę przeciął mu jeden z tych bezpańskich, kudłatych psów, które zawsze włóczą się po okolicy.
Szkoda, że nic nie trwa wiecznie.
***

Zasnął. Jej. Na. Brzuchu.
O matko.
Kuchnia do czyszczenia. Co dopiero wspominać o łazience!
Doris nasłuchiwała odgłosu kluczy w zamku.
Tymczasem sufit zaczął wirować… W umyśle zabrzęczała cicha melodia…
Pyk.
- James? Masz aparat?
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [20]

...Być kobietą wcale nie jest łatwo... >> niedziela, 3 czerwca 2007 16:06:41
Mgnienie, ścieżka, wir, otchłań… Ostatnie miesiące, niczym w kalejdoskopie, mknęły przed siebie nieubłaganie, zostawiając za sobą kolejne utarczki, potyczki, zwycięstwa i przegrane. Lily prawie nie wstawała z łóżka, opuchnięta i obolała, z wyraźnie rysującym się pod kołdrą brzuchem. Miała wrażenie, że rósł z każdą sekundą; a jeśli nawet nie, jeśli były to tylko urojenia ciężarnej kobiety, to dziecię, które znajdowało się w środku, domaga się smaku życia.
- James – jęknęła któregoś ranka, obudziwszy się zlana potem.
Mieszkali w Dolinie Godryka, miejscu, które zostało wybrane przez jej męża jako najbezpieczniejsze i najodpowiedniejsze do wychowywania potomka. Mała wioska, otoczona zewsząd lasami i polami, zdawała się być nieco odizolowana od świata i sprawiała wrażenie bezpiecznej przystani.
Lily, nieprzyzwyczajona do szczególnego, uwolnionego od londyńskiego smogu powietrza, przez długi czas się nim zachłystywała, wywołując chichot sąsiadek i pełne nieudolnie skrywanego rozbawienia spojrzenia ich mężów. Bo przecież z kobiety w stanie błogosławionym niepodobna się śmiać…
Na ich dom, otoczony niskimi drzewkami osłaniającymi okna od wścibskich spojrzeń przechodniów, rzucone zostało zaklęcie Fideliusa.
- James – powtórzyła Lily głośniej, natarczywiej, kurczowo łapiąc się skraju pościeli.
Nastał środek lata, było potwornie gorąco, a ją opuściły wody.
Ktoś koło niej poruszył się nieznacznie. Promienie słońca padały prosto na jego kruczoczarne, rozwichrzone włosy.
- Kochanie, co się dzieje? – zapytał na wpół sennie, cmokając cicho.
Pani Potter przewróciła oczyma, nie wierząc własnym uszom i zapomniała na chwilę o przeszywającym bólu gdzieś w okolicy jej dróg rodnych.
- Ty imbecylu, Potter, ty kupo gumochłoniego sadła, rusz się w tej chwili i przetransportuj mnie do Munga! – wrzasnęła histerycznie.
Poderwał się na równe nogi i zmierzył żonę uważnym, niedowierzającym spojrzeniem.
- Ty rodzisz…? – Bardziej stwierdził, niż zapytał, drapiąc się po głowie.
Po Dolinie Godryka przetoczyło się coś jakby echo lwiego ryku niedowierzania.
***

Dzień, w którym spotkali się na powrót, nie był najprzyjemniejszy. Lily przyjechała prosto z kwatery do Hogwartu, zmierzając po kostki zatopiona w śniegu do chatki Hagrida, w której James znajdował się przez parę wcześniejszych miesięcy kompletnie bez jej wiedzy.
Martwiła się; bywał czas, że traciła poczucie celu. Myślała, że została sama, z dzieckiem na karku, a to przecież nie byłaby zbyt sprzyjająca okolicznościom perspektywa, zważywszy na toczącą się wojnę, nie mówiąc już o sytuacji natury emocjonalnej i materialnej. Jakby sobie poradziła?
W chatce Hagrida panował przyjemny dla oka, pozorny bałagan. Została wpuszczona do środka zaraz po pierwszym uderzeniu kołatką, przez samego gajowego, którego czarne jak żuki oczy, teraz radosne i pełne życia, spoczęły na jej twarzy, a potem brzuchu.
- Cholibka, Lily! – zawołał tylko; broda zatrzęsła mu się od śmiechu.
Nachylił się nad nią, by zmiażdżyć ją w niedźwiedzim uścisku, lecz w ostatniej chwili wycofał się, widząc jej wzrok.
- Gdzie James? – mruknęła zamiast powitania, mrużąc słynne niegdyś zielone oczy.
Wyglądała groźnie. Niebezpiecznie niczym dawna Lily Evans, o którą starał się ten uparty Potter.
Hagrid podrapał się z zakłopotaniem po czuprynie i wskazał jej olbrzymią dłonią kąt, w którym stało łóżko. Tak, z pewnością siedział na nim James. Rozpoznała go po okularach i charakterystycznym marszczeniu brwi, kiedy czytał jakąś książkę, co zdarzało mu się w ostatnich czasach zdecydowanie częściej niż w Hogwarcie.
Uniósł głowę i obdarzył ją krótkim spojrzeniem. Nie rozpoznał jej?
Skąd! Drgnął i jeszcze raz jej się przyjrzał, upewniając się, że to nie zwidy, żadna dziwna sztuczka, którą płata mu mózg. Zeskoczył z posłania i dopadł do niej, zanurzając twarz w jej włosach.
Poczuła, jak uginają się pod nią nogi. Z ulgi, niedowierzania, szczęścia, chęci zbicia go na kwaśne jabłko, że dał się tak urządzić…
Świat zawirował, wracając na swoje miejsce, kiedy ją pocałował. Blady, wymizerowany, chudszy niż zapamiętała.
- Kocham cię – szepnął jej do ucha.
Ściągnęła mu okulary i uśmiechnęła się.
Wzywał ją w snach.

Kiedy pan Potter doszedł już do siebie, wrócił mu humor i chęci do działania, razem z żoną postanowili, że się przeprowadzą. To znaczy, planowali to już wcześniej, ale nigdy jeszcze nie mieli tak skonkretyzowanych planów i poczucia, że muszą zrobić to jak najszybciej, by uwolnić się spod władania strachu, którego mdły zapach od pewnego momentu towarzyszył wszystkim dookoła.
Syriusz przypatrywał się ich poczynaniom kątem oka, Peter zadawał mnóstwo pytań, a Remus w ogóle się nie wtrącał, mając na głowie jakieś swoje, związane z Zakonem sprawy. Doris, mimo wielkiego zaangażowania, została wkrótce wykluczona z przygotowań z powodu niesamowicie prozaicznego, jednak bezpośrednio wpływającego na szybkość ich decyzji – rozpraszała.
Narada odbyła się w ich byłym mieszkaniu. Komisja w składzie: Albus, Doris, Remus, Syriusz oraz Peter umieściła się po jednej stronie kanapy, powództwo usiadło natomiast na fotelach.
Lily splotła dłonie na podołku, wbijając oczekujące spojrzenie w męża. Dyrektor Hogwartu, szanowany w wielu kręgach Dumbledore poczęstował Doris dropsem (nie powstrzymała się od zalotnego trzepotania rzęsami), a Syriusz ziewnął i podłożył dłonie pod głowę, kiedy Peter zaczął żuć kolejne ciastko.
Iście sielski obrazek…
Harmonię burzył jedynie deszcz bębniący w okna.
- Postanowiliśmy wybrać Strażnika Tajemnicy… - mruknął James, a po jego słowach nastąpiła istna eksplozja argumentów.
- Nie – powiedział po jakimś czasie Syriusz, wyjątkowo stanowczo. – Nie zostanę waszym Strażnikiem Tajemnicy. Wysłałem do was sowę z listem, w którym wyraziłem się dosyć jasno, nieprawdaż?
- Remus? – szepnęła Lily błagalnie.
- Nie – odparł z uśmiechem Lupin, odciągając rękę Doris od swoich włosów.
I tak został nim Peter, którego kandydaturę poparł Syriusz, powołując się na jego dobre serce i lojalność. Sam zadowolił się funkcją ojca chrzestnego.
Czy była to dobra decyzja, będą mieli okazję przekonać się mniej więcej za rok, a póki co…

- Do jasnego pioruna, moje kozaczki! – wrzasnęła Doris w panice, biegając w tę i z powrotem po domu i zaglądała we wszystkie wnęki, wgłębienia i zakamarki.
Usiadła na taboreciku przy wejściu do kuchni i ukryła twarz w dłoniach.
- Remusku, och, mój Remusku, pomóż mi! – zawyła, kiedy w drzwiach pojawił się Lupin z dosyć trudną do zinterpretowania miną.
- Co się stało? – zapytał cicho, podchodząc do niej i położył jej dłoń na ramieniu.
W tym samym momencie wylądował na podłodze, z chichoczącą Doris na torsie.
- Remusku, och, mój Remusku! – krzyknęła. – Zgubiłam pantofelki!
Uniósł brwi.
- I co z tego? – mruknął i pewnie gdyby był do tego zdolny, wzruszyłby ramionami.
Wyciągnęła z jego kieszeni chusteczkę (dziwne, wiedziała, gdzie ją ma) i hałaśliwie wydmuchała nos.
- Kosztowały majątek!
***

Powietrze było lepkie i ciężkie, kiedy Lily znalazła się wreszcie w szpitalu pod wezwaniem świętego Munga, jedynym miejscu, gdzie chciała być i gdzie należało ją zawieźć, czy przeteleportować.
Wszyscy dookoła zlani byli potem. Nie trzeba wspominać, jak czuła się ona, mokrutka dodatkowo z wysiłku spowodowanego naturalnym procesem wydawania na świat dziecka.
Włosy przyczepiły jej się do twarzy, a ostro zakończone paznokcie, których nie przycinała, by lepiej radzić sobie z nitkami, wbijały się mocno w dłonie Jamesa, który cały czas przy niej był, mimo regularnie dostarczanych mu do uszu porcji przekleństw.
Nie miał nawet czasu nikogo zawiadomić.
Został więc przed salą sam jak palec i usiadł na krześle przy ścianie, nerwowo stukając butami o podłoże.
Przetarł mokre czoło rękawem i ukrył twarz w dłoniach.
O, tak, był niecierpliwy, a do tego nie znosił niepewności…
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [26]

...Ten inny wymiar miłości... >> wtorek, 13 marca 2007 17:17:37
Słońce leniwie muskało mu twarz, kiedy otworzył oczy i powoli usiadł na łóżku, sycząc z bólu. Jego serce biło szybko, nieregularnie, jakby zaraz miało wyskoczyć mu z piersi – czuł rozsadzający go od środka niepokój, mimo że nic mu nie groziło; wiedział, gdzie jest. Siedział obecnie na wielkim łóżku Hagrida, w chatce mieszczącej się na terenie Hogwartu i, jak z konsternacją zauważył, był oblepiony bandażami od stóp do głów.
- Cholibka!
Do końca nie wiedział, czy to jeszcze jeden odległy, a zarazem znajomy, dziwny sen z jego udziałem, czy nagląca do powrotu rzeczywistość.
- Cholibka, obudził się! – wykrzyknął Hagrid.
Przetarł dłonią oczy, ziewnął przeciągle i spróbował wstać, lecz wielka, silna dłoń gajowego nie pozwoliła mu zrobić nawet kroku, z powrotem pakując go do łóżka.
- Hej, co robisz? – zapytał z zaskoczeniem.
- Uzdrowiciel nie pozwolił ci wstawać – zagrzmiał Hagrid, marszcząc brwi, lecz po chwili jego twarz rozjaśniła się w szczerym uśmiechu. – Cholibka, James, jak tylko sowy będą mogły przedostać się do miasta przez tą skubaną zamieć, wyślę jedną do Lily!
- Sowy nie dochodzą? – wydukał z wysiłkiem i zmarszczył czoło. – Lily… Ona nic… Lily nic nie wie?
Hagrid niepewnie kiwnął głową, a jego policzki oblały się rumieńcem; z poczciwej twarzy emanowało poczucie winy.
- Pilnowałem cię, więc nie mogłem się z nią spotkać. Cholibka, James, dopiro wszystko się zaczęło! Śmier… - zaczął mówić Hagrid, przerywając nagle.
- Ile tu już jestem?
Czarne jak żuki oczy Hagrida powędrowały gdzieś w bok, a kędzierzawa broda zadrżała.
- Dopiro… James, co tu dużo mówić, cholibka, przecie nie będę cię okłamywał, no nie…? Lily chyba już się martwi.
***

Brzuch pani Potter z każdym dniem robił się coraz większy. Czuła się dziwnie świadoma życia, jakie kiełkowało pod jej sercem i po raz pierwszy bez marudzenia przyjmowała nieustannie rosnącą miłość, która towarzyszyła jej teraz na każdym kroku.
Bo miłość rzeczywiście była wszędzie – kiedy leżała wieczorem w ciepłym łóżku, kiedy patrzyła w lustro na swoją zaokrągloną twarz, a nawet wtedy, kiedy puchły jej nogi! Wszystko było takie właściwe, prawdziwe i w sam raz…
Do pełni szczęścia brakowało jej tylko spokoju i obecności męża. Zwłaszcza jego.
Łapała się na tym, że, zupełnie nieświadomie, czeka na niego, późnym wieczorem podchodzi do okna i stoi, nasłuchuje, oczekując w zamian odgłosu jego rytmicznych, zagłuszonych przez śnieg kroków. I chciała to kontynuować pomimo ciągle odradzającego się rozczarowania; wiedziała, że tylko w tych krótkich momentach jej nadzieja jest prawdziwa, że tylko wtedy on może ją odnaleźć tak naprawdę.
I każdego wieczora, w każdej sekundzie, gdy o szybę bił śnieg a do kwatery przybywali nowi posłańcy, drżała i bała się śmierci.
Bo wiedziała, że ona czyha, utajona gdzieś w mroku.
Wtedy szeptała:
- James.
By zapaść w pełen koszmarów, niespokojny, ale mimo to wypełniony miłością sen.
***

- Nie powinnaś się martwić – powtórzył.
Jego głos dawno już przebrzmiał, lecz ona nie kwapiła się do odpowiedzi.
Doris leżała na tapczanie, oburącz przytrzymując na czole lodowaty okład, który przygotował dla niej kilka chwil wcześniej i nie odzywała się.
- Słuchasz mnie? – zapytał, marszcząc brwi i westchnął, odchyliwszy się na krześle.
Nawet nie zareagowała.
Minęło kilka kolejnych, pełnych, martwych minut.
Zaangażowana w mentalną bitwę, która toczyła się gdzieś w jej wnętrzu, nie zauważyła, kiedy Remus przysunął krzesło bliżej sofy i leciutko pogładził jej włosy.
- Nie martw się – szepnął tuż przy jej uchu.
Kiedy otworzyła oczy, wstał i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.
Postanowiła, że nie będzie płakać.
W zamian rzuciła lodem o podłogę.
***

- Mogę? – zapytał Syriusz niepewnie, dziwnie szczerząc się do wielkiego brzucha Lily i przyklęknął, czekając na wciąż nienadchodzące pozwolenie.
- Boże, Black, co ci znowu strzeliło do głowy? – wyjąkała, ściągając brwi.
Syriusz spojrzał z uwagą w twarz Lily i wyszeptał, najbardziej pokornym i poważnym tonem, jakim nie mówił do niej kiedykolwiek wcześniej:
- Czy mogę położyć… - zawahał się lekko i przełknął głośno ślinę. – To znaczy, chciałbym…
Zaśmiała się niepewnie, unosząc skraj obszernej koszulki i bez słowa przyłożyła jego dłoń do swojego brzucha.
- Kopie – powiedziała cicho i uśmiechnęła się szeroko i szczerze, jak nie śmiała się już dawno.
- Och – westchnął Syriusz, wypuszczając ze świstem powietrze. – Zazdroszczę Jamesowi.
I, jakby zaskoczony tym co powiedział, zakrył usta wolną dłonią i zachichotał, zażenowany.
- Będzie grał w quidditcha, zobaczysz – powiedział wesoło, próbując zamaskować przed nią sekundę słabości i w końcu oderwał rękę od ciepłego brzucha Lily; nagle poczuł się dziwnie samotny i bez celu.
Ona, jakby czytając mu w myślach, poklepała go po ramieniu i mrugnęła doń zawadiacko.
- Masz nas.
Nie zdążył nawet podnieść na nią oczu… Zarobił prztyczka w nos.
***

- Co się działo przez cały ten czas?
- Nie jestem pewien, czy…
- Przestań bawić się ze mną w kotka i myszkę, Remusie – fuknął James, marszcząc brwi. – Wiem, że dopiero co się obudziłem, ale, do cholery, w tym czasie robaki nie zjadły mi mózgu!
Spróbował się podnieść, ale widząc twarde spojrzenie Blacka, zamarł i z westchnieniem dezaprobaty z powrotem osunął się na poduszki.
- No co? – wzruszył ramionami. – Mam prawo wiedzieć.
Syriusz uśmiechnął się lekko.
- Sądzę, że to Lily powinna ci o wszystkim opowiedzieć.
***

Teraz nie było nic przed ani nic po – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość… Jako abstrakcja w jej opuchniętym ze strachu mózgu.
Nie było już nic prócz doskwierającego jej bólu, który rozchodził się powoli, w sadystycznym uniesieniu, wzdłuż każdego nerwu jej ciała...
Była zmęczona. Zmęczona ucieczką.
Malfoy wiedział, Lestrange nienawidził, a ona pogardzała.
Pogardzała sobą.

Caroline Leto oparła się ciężko o pień zmurszałego drzewa, pozwalając, by deszcz przeniknął przez jej ochronne zaklęcia i doszczętnie ją zmoczył.
Miała nadzieję, że to ją oczyści, doda sił.
Przeliczyła się. Jak zawsze.
***

Drżącymi rękoma wkładała na siebie płaszcz… Gdy wiązała na szyi szalik, zastanawiała się, czy się zmienił.
Była podekscytowana, a zarazem przestraszona.
Tyle czasu…
I tyle wspomnień, które stracili.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [32]

...Pod płaszczem tęsknoty... >> czwartek, 28 grudnia 2006 19:25:35
Pośród porannej mgły, chwiejnym, acz dumnym krokiem, w dziurawych butach i zbroczonych krwią szatach, brnął przez śnieg Syriusz Black.
Tylko upór i determinacja powstrzymywały go od upadku, a z wolna malująca się na jego twarzy wściekłość była świadectwem rzeczy strasznych, z pewnością wykraczających poza wszelkie wyobrażenia przeciętnego obywatela Anglii.
Mugole zmawiali na jego widok pacierze, a czarodzieje kiwali z ulgą głowami i pędzili do domów, pospiesznie wysyłając sowy do Ministerstwa Magii z wiadomością, że w końcu, po miesiącu poszukiwań, został odnaleziony. Sam zainteresowany zaś, szedł dalej, nie zatrzymując się i nie zważając na niczyje pokrzykiwania, czy to mugoli, czy czarodziei. Niczym cień, przemykał londyńskimi uliczkami spowitymi srebrnoszarą mgłą, z szaleństwem w oczach i czającą się chęcią mordu w skostniałych, zbielałych kłykciach.
Gdy w końcu stanął przed starym, wiktoriańskim budynkiem, w którym mieściła się niegdyś siedziba Zakonu Feniksa, a świszczący, zimny wiatr rozwiał mu włosy, niespodziewanie załkał i, kryjąc twarz w dłoniach, zajęczał, padając na kolana.
Świadkiem owej sceny był tylko kruk siedzący na dachu pobliskiego domu i prószący z nieba śnieg.
- Dlaczego? – wyszeptał Black, zgarniając w dłonie garść białego puchu.
Pytanie przebrzmiało, pozostawione bez odpowiedzi, jak echo odbijające się od ścian studni, krok po kroku niknące w mroku…
***

- Wzięli nas w krzyżowy ogień… - szepnął Remus, ze złością zaciskając pięści. – Nie mieliśmy żadnych, nawet najmniejszych szans!
Lily wzdrygnęła się i spojrzała nań nieprzytomnie, jeszcze mocniej ściskając dłoń siedzącej koło niej Doris.
- Musi być jakieś wyjście – powiedziała, w zamyśleniu przygryzając dolną wargę. – Wiadomości nadal nie dochodzą?
- Nie – warknął, nerwowo chodząc z jednego krańca pomieszczenia w drugi. – Nic nie wiemy ani o Jamesie, ani o Syriuszu, a tym bardziej o Dorcas. Przepadli prawie bez śladu, jak Dearborn. Swoją drogą, wątpię, żebyśmy kiedykolwiek go znaleźli.
Wypuścił ze świstem powietrze i usiadł na pobliskiej sofie, ze złością odrzucając spod pleców poduszkę.
- Jeszcze niedawno nic nie wskazywało na to, że przystąpią do tak zmasowanego ataku… - rzekł, chowając twarz w dłoniach. – James nas ostrzegał, jak mogliśmy go nie posłuchać!
- Nic mi o tym nie wspominał – powiedziała bezbarwnym głosem Lily, odwracając twarz w kierunku zasłoniętego grubymi firanami okna.
W pomieszczeniu panował półmrok i przenikliwy chłód, a czająca się w pobliżu cisza bezlitośnie wwiercała się w świadomość, nabrzmiała od tajemnic i szeptów.
- Na pewno nie chciał cię martwić – odezwała się po chwili Doris, patrząc tępo w przestrzeń. – W końcu jesteś w ciąży, nie możesz się denerwować.
Lily bezwiednie pogłaskała się po brzuchu, marszcząc czoło.
- Remusie, gdzie wszyscy wyruszyli? – zapytała cicho.
Lupin spojrzał na nią, próbując się skupić i lekko się wyprostował.
- Wszyscy wylecieli osłaniać naszych. Oprócz Artura, oczywiście. Poleciał chronić Molly i dzieciaki.
- Gdzie trafiają ranni?! – krzyknęła Doris znienacka, zrywając się z miejsca.
Lily i Remus spojrzeli na nią bez wyrazu.
- Wiadomo, że… - zaczął Remus niemrawo.
- Do Munga! – zawołała Lily, a z jej gardła wydobył się przepełniony goryczą chichot. – Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam?
- Chodź!

Tego dnia w szpitalu św. Munga panowała nienaturalna cisza. Jedynie od czasu do czasu zza rogu wyłaniała się czyjaś osmolona twarz lub poparzona ręka. Miarowy stukot obcasów rozbrzmiewał wtedy w holu, gdy pielęgniarki spieszyły do chorych z nowymi porcjami eliksirów i różdżkami w pogotowiu, a pośród otaczającego wszystkich milczenia, brzmiało to jak złowieszcze echo, niosące ze sobą widmo rychłej zagłady.
- Zimno tu – szepnęła Doris, teleportując się na środku holu i nieznacznie uśmiechnęła się do Lily. – Dobrze, że wzięłaś kożuch.
Dziewczyna lekko pokiwała głową, zerkając niespokojnie na punkt informacyjny. Nikt nie stał za ladą, kontuar zdawał się być całkowicie opuszczony. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś uzdrowiciela, lecz w efekcie napotkała jedynie pełne niemego wyrzutu oczy starca, który, z jedną ręką opartą na sękatej lasce, wiercił się na stojącym pod ścianą, psującym się krześle.
Szybko odwróciła wzrok, nie chcąc czuć się winną za to, że jest zdrowa.
- Idziemy szukać Jamesa – powiedziała do Doris i ruszyła w kierunku schodów, po drodze zaglądając do każdych drzwi z osobna.
Wkrótce straciła nadzieję.
***

Tylko kurz na meblach i pokryte pleśnią naczynia w brudnym zlewie świadczyły o jej nieobecności. Przekręcając klucz w zamku do jej mieszkania, czuł się jak złodziej, bo w gruncie rzeczy nigdy nie przychodził tu pod jej nieobecność.
Nie miał wyjścia, chcąc uniknąć pełnych litości spojrzeń, tłumaczył sobie. Musiał się gdzieś schronić.
Ledwo powłóczywszy nogami, dotarł do fotela przy kominku i jednym ruchem różdżki rozpalił ogień. Ze złością spojrzał na swoje przemarznięte stopy i zakrył twarz dłońmi, jakby próbując ukryć się również przed samym sobą.
Nie pomógł. Nie zdołał jej uratować.

Pamiętał tylko ciemną klitkę, w której zostali zamknięci i jej głos, dochodzący jakby z oddali, wołający po cichu męża i Boga. Rozpaczliwie chciała żyć. Wyczuł to, kiedy ujął przegub jej ręki, a ona niespodziewanie wyrwała mu się, próbując sforsować solidne, drewniane drzwi odgradzające ich od świata. Choć wiedziała, że jej wysiłki nic nie dadzą, że to niemożliwe...
Nie chcąc na to patrzeć, odchylił głowę i zamknął oczy. Musiał się zdrzemnąć, bo kiedy się obudził, nikt nie uderzał w drzwi, nie słyszał też szlochu. Był sam.
Poderwał się z podłogi i przeraźliwie wrzasnął. Chwilę później on też został stamtąd zabrany.
Nie wiedział, co jej robili. Kiedy ją zobaczył, miała siniaki na twarzy i związane ręce, które sterczały pod dziwnym kątem.
Nazwał ich katami, i wtedy posypały się klątwy. Odrzuciło go na ścianę i stracił przytomność.
Kiedy się obudził, nadal ją przesłuchiwano.
Nie pamiętał pytań, ani odpowiedzi. Wszystko zlewało się w jedną całość, której elementów nie potrafił rozróżnić.
Była odważna, a jej oczy wyrażały wdzięczność, kiedy skłamał, raz, drugi, trzeci.
Zabrakło veritaserum.
W końcu zostawili ich samych. Oddalili się, w swoich czarnych płaszczach; pod maskami prawie wyczuwał ich drwiące uśmiechy, gdy przyczołgał się do niej i objął ją ramieniem, prosząc, by nie umierała.
- Dorcas… - szeptał. – Dorcas…
Wtedy wcisnęła mu do ręki karteczkę…
Ale spokój nie trwał długo.
Poczuł, jak oplatają go jakieś niewidzialne ramiona i znowu wpadł na ścianę. Czuł, jak zgrzytają mu kości.
Próbował walczyć, ale go blokowano. Wrzeszczał na nich, obrażał, a oni tylko się śmiali.
Ostatnim, co widział przed kolejnym zapadnięciem w ciemność, były oczy jarzące się czerwienią.
***

- Lily…? – mruknęła Doris nieśmiało, przyglądając się pani Potter spod przymrużonych powiek. – Nic ci nie jest?
Dziewczyna odwróciła wzrok, wzdychając.
- Nic – odparła po chwili, pogrążona w myślach.
Spacerowały ulicą pełną mugoli i ich świątecznych ozdóbek. Neonowy Święty Mikołaj puszczał do nich oczko. Szły równo, niespiesznym krokiem, chyba nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.
- Tęsknię – szepnęła Lily. – Za Jamesem.
Doris spojrzała na nią, zaskoczona i uśmiechnęła się trochę nieprzytomnie.
- Ja też tęsknię…
- Za kim? – zapytała Lily.
- Nie wiem… - powiedziała Doris. – Jeszcze go nie poznałam.
Lily zmarszczyła brwi, nie bardzo rozumiejąc.
- Jak to?
Doris jeszcze raz uśmiechnęła się smutno i położyła rękę na sercu, po czym stanęła, patrząc w gwiazdy.
- To taka tęsknota, która parzy, sprawia, że brakuje ci tchu, pozbawia zmysłów, wyciska łzy… Czujesz, jakby coś cię ciągnęło, ale nie możesz iść, bo nie wiesz, w jakim kierunku masz podążać… I spadasz w otchłań. A wszystko nadal parzy, nadal przyciąga, nadal… Pragnienie, którego nijak nie możesz spełnić sama.
- Tęsknisz do miłości – szepnęła Lily.
Doris przytaknęła, nerwowo poprawiając loki.
- Dlatego ci zazdroszczę. Tobie i Jamesowi – powiedziała na wydechu. – Że macie siebie i gotowi jesteście dla siebie… zrobić wszystko.
- Doris…
- Lily, to prawda… Ja… Nie mam takiej osoby. I coraz bardziej wątpię, że ją znajdę.
- Doris, ja… - Lily próbowała coś powiedzieć, ale Doris uciszyła ją machnięciem ręki.
- To nic – stwierdziła z uśmiechem. – Jestem duża i silna, poradzę sobie… A ty go znajdziesz, słyszysz? Znajdziesz Pottera, choćby ukrył się w jakiejś mysiej dziurze!
Po czym ruszyła przed siebie szybkim krokiem.
Gdy Lily ją dogoniła, Doris ukradkiem przecierała twarz chusteczką.
- Znajdziesz go… - usłyszała panna Crockford. – Kiedyś go znajdziesz. Tak jak ja.
***

Leżał na czyimś wielkim łóżku i nie mógł się poruszyć. Miał zabandażowaną lewą rękę i stopę, a jego głowa pulsowała z bólu. Prawie tak mocno, jak wtedy, kiedy Remus niechcący uderzył go kociołkiem.
Spróbował usiąść, ale tylko stęknął i z powrotem opadł na poduszki.
- Cholibka, James, obudziłeś się! – wrzasnął ktoś stojący w drzwiach.
Aż podskoczył z zaskoczenia.
Odruchowo zaczął szukać okularów koło łóżka, ale one same niespodziewanie znalazły się w jego dłoni.
- Masz – powiedział nieznajomy.
A kiedy w końcu okulary znalazły się na jego nosie, odetchnął.
Miał przed sobą kudłatą, roześmianą twarz Hagrida.
I sam też się uśmiechnął.
- Sowy nie dochodzą…
Tyle, że więcej już nie usłyszał.
Znowu zasnął…
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [36]

...Jeden ruch... >> niedziela, 5 listopada 2006 23:21:48
Jedno spojrzenie na jego bladą twarz wystarczyło jej, by domyślić się, że coś się stało.
- Co ci jest? – burknęła i opadła na fotel, ze zniecierpliwieniem marszcząc brwi.
Poruszył się nieznacznie i wyszeptał parę słów, których nie usłyszała.
Zdjęła z siebie przemoknięty od śniegu płaszcz i położyła go na stole, sięgając po gazetę.
- Syriusz? Co jest?
Wstał i zaczął krążyć po pokoju, rzucając jej od czasu do czasu wymowne spojrzenia.
- Co? – mruknęła, patrząc na niego w oczekiwaniu.
- Przeczytaj – wykrztusił, siląc się na spokojny ton.
- Na której stronie? – zapytała Dorcas, nerwowo przerzucając strony.
- Pierwszej – odpowiedział szorstko, prostując się. – Na samym dole.
Przeczesał dłonią włosy i lekko się uśmiechnął.
- Dumbledore mówił, że będziesz wiedziała, co to znaczy – powiedział.
- Jak to? – zapytała i uniosła głowę, mrugając ze zdziwienia.
- To ciebie nie było w kraju tyle czasu… - mruknął, bezwiednie pocierając policzek.
- Jakie to ma znaczenie dla całej sprawy? – fuknęła, jakby przystępując do ataku. – Zginęło ponad tysiąc osób… Dlaczego od razu wiążesz to ze mną?
Podszedł do niej szybkim krokiem i zniżył twarz do poziomu jej oczu, jakby przewiercając ją na wylot.
- Ciągle kłamiesz – syknął, obnażając zęby. – Ciągle.
Otworzyła usta, by coś mu odpowiedzieć, ale zaraz je zamknęła, widząc jego niezachwianą wiarę we własne słowa.
Odłożyła gazetę na stolik i odchyliła się nieco na fotelu, a jej usta wykrzywił drwiący uśmiech.
- Słucham, Black – zaczęła, palcami rozczesując grzywkę. – W jakiej sprawie śmiałam cię okłamać?
Parsknął śmiechem i cofnął się o kilka kroków, mierząc ją spojrzeniem.
- Meadowes nie jest twoim panieńskim nazwiskiem. Masz męża – oznajmił z ponurą satysfakcją. – Jak widzisz, udało mi się przezwyciężyć moc twojego niezastąpionego Oblivate…
Twarz Dorcas znieruchomiała, palce zastygły. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu i zdziwienia, kiedy patrzyła na Syriusza, który mówił dalej, aksamitnym jak zdrada głosem:
- Wiem o tobie wszystko, Meadowes. Dosłownie wszystko.
A najgorsze było to, że nie kłamał.
***

Za oknem z wolna zachodziło słońce, na dworze robiło się szaro, a Jamesa jeszcze nie było w domu.
Wyszedł poprzedniego dnia mniej więcej o tej samej porze, co zawsze i dotąd nie wrócił. Nie przespała całej nocy, denerwując się i czekając na niego. Rankiem nieco się zdrzemnęła, teraz czuwała... Za każdym razem, gdy ktoś z Zakonu się do nich teleportował, podskakiwała ze zniecierpliwienia i strachu, że coś mogło mu się stać.
- Zaginął Caradoc Dearborn – wysapał Remus, materializując się tuż za nią, tak blisko, że omal nie krzyknęła. – Gdzie jest James?
- N-nie wiem… - wyjąkała, przestraszona. – Czy… podejrzewacie, że on… on też?
Lupin potrząsnął głową, okrążając pokój i przystanął, nasłuchując.
- Lily, nie jesteś tu bezpieczna – mruknął po chwili, nie patrząc na nią. – Bez względu na to, czy James się tu pojawi, czy nie, muszę cię stąd zabrać.
Krew odpłynęła jej z twarzy ze strachu i niedowierzania.
- James będzie się martwił… Ja nie mogę tak sobie odchodzić z naszego domu…
- Spakuj się – powiedział Remus tak stanowczo, że dalsze słowa zamarły jej na ustach. – I to już. Szybko!
- Remus…
- Lily – szepnął z naciskiem, podchodząc do drzwi wyjściowych i rzucając na nie zaklęcie. – Pospiesz się.
***

- Cholibka!
Rozbiegane oczy, rozdarte ubranie, ale uśmiech… Jakby znajomy.
- Cholibka! – ryknął Hagrid, rozkładając ręce. – Panie psorze, mamy poszkodowanego!
- Co się dzieje w Hogwarcie, Minerwo? – zapytał Dumbledore, brnąc przez śnieg w kierunku gajowego.
- Podwyższony stan gotowości, Albusie. Wszyscy są podenerwowani, zwłaszcza uczniowie… Blokujemy dostawy Proroka, zapobiegamy panice…
- Nie możemy zatajać prawdy przed uczniami, to mija się z celem. Są młodym pokoleniem – powiedział Dumbledore, kiedy zmierzali w kierunku przerażonego Hagrida, w pośpiechu wymieniając informacje. – Dropsa?
- To dla ich dobra – syknęła McGonagall, marszcząc brwi i ignorując wystającą spod płaszcza dyrektora paczkę mugolskich cukierków. – Zaczną wyjeżdżać do domów, a jak wiesz, Hogwart to najbezpieczniejsze miejsce, przynajmniej na razie…
Dyrektor zamyślił się, gładząc się po brodzie i podszedł do Hagrida, który pochylił się nad czyimś bezwładnym ciałem tak nisko, że aż zatrzeszczało mu w krzyżu.
- Kolejna ofiara? – zapytał z troską. – Kto…
Zamarł, spojrzawszy na zastygłą w przerażeniu twarz profesorki i zerknął na mężczyznę, którego Hagrid właśnie wziął na ręce.
- Potter – wyszeptał, w otępieniu wrzucając do ust kolejnego dropsa.
***

- Jak widzisz, Dorcas, nie doceniłaś mnie – powiedział Syriusz z ponurą satysfakcją, widząc jej oniemiałą twarz.
W pokoju zrobiło się ciemno i chłodno. Drwa w kominku zaczynały dogasać, ale zdawało się, że ani on, ani ona nie zwracają na to większej uwagi.
- Cóż – zaczęła, starannie dobierając słowa. – Zawsze wiedziałam, że wiesz, ile to jest dwa razy dwa, ale przyjemnie mnie zaskoczyłeś. Brawo – dodała, klaszcząc teatralnie. – Rozgryzłeś mnie, zadowolony?
- Opowiedz się wreszcie po jednej ze stron, albo…
Zaśmiała się perliście, kładąc nogi na stół i spojrzała na niego zimno, przeszywając go wzrokiem.
- Tyle razy wyrzucałeś mi, że się ciebie boję – rzuciła od niechcenia, a jej oczy niebezpiecznie zamigotały. – Tak naprawdę to ty boisz się mnie. Mały, zagubiony buntownik, Syriusz Black.
Wychyliła się do przodu, patrząc na niego wielkimi, rozszerzonymi złością oczyma. Pomyślał, że wygląda jak kot, który zaraz ma schwytać ofiarę i skazać ją na śmierć.
- Myślisz, że jesteś taki dobry, prawy, sprawiedliwy… Dorosły – wypluła, wstając i odwracając się do niego plecami. – Udajesz, że niełatwo cię złamać, a tak naprawdę, wystarczy tylko podmuch i leżysz, płasko na ziemi, jak deska.
Pstryknęła palcami dla podkreślenia swoich słów, po czym wolnym krokiem skierowała się w kierunku drzwi.
- Accio, płaszcz – wyszeptała, ale zanim dokończyła, złapał ją za ramię i odwrócił ku sobie, nie dowierzając temu, co widzi.
- Czemu płaczesz? – rzucił ostro, puszczając jej przegub i skrzywił się, niczego nie rozumiejąc. – Jak mam ci teraz ufać?
- Myślałam, że jesteśmy, cóż, na swój sposób, przyjaciółmi… - wyjąkała, gwałtownie ocierając twarz.
Ogień w kominku zgasł i zrobiło się zupełnie ciemno. Przeraził się zmianą, jaka nastąpiła w tonie jej głosu.
- Ciężko jest dowiedzieć się nagle, że… posiadasz tyle tajemnic – usłyszała po chwili.
- Syriusz, przecież ja wybrałam. Już dawno.
***

Trzy postacie w ciemnych płaszczach przeszukiwały dom Lily i Jamesa, krzywiąc się z niezadowolenia.
- Nie ma ich! – wrzasnął Lestrange, ze złością kopiąc bujany, wiklinowy fotel, stojący w kącie sypialni, tuż pod oknem.
Szybkim krokiem przemierzył całą szerokość pokoju i złapał Petera za poły szaty, ciągnąc go w górę jak szmacianą lalkę.
- Mówiłeś, że tu będą – wychrypiał.
Pettigrew pisnął ze strachu, błagalnie patrząc na Bellatrix, która przeszukiwała szuflady.
- Puść go – mruknęła zdawkowo i ani drgnęła, kiedy usłyszała, jak jej mąż szepcze:
- Crucio.
Jej ręce błądziły po wnętrzach regałów, wyrzucając na zewnątrz papiery i inne niepotrzebne szpargały, kiedy nagle natknęła się na jakieś dziwne pudełeczko.
Nie zwracała uwagi na jęki Petera ani złowrogi śmiech Rudolfusa… Przymknęła oczy i zamruczała, zadowolona jak nigdy.
- Będą mieli dzieciaka – oświadczyła triumfalnie, jakby do siebie.
- Nie zdążyłem wam o tym jeszcze powiedzieć – wyszeptał gorączkowo Peter, trzęsąc się jak osika, gdy Lestrange cofnął zaklęcie. – Lily już ma…
Nie dokończył. Ogarnął go paraliżujący członki, wszechobecny, cichy, bezbarwny ból.
Tej nocy z domu Potterów została jedynie garstka popiołów i widniejący na niebie Mroczny Znak.
***

- Gideon Prewett i jego brat nie żyją – oznajmił Artur Weasley, wchodząc do kolejnej, tymczasowej kwatery głównej Zakonu Feniksa.
Poczerwieniał z zażenowania, kiedy wszystkie pary oczu zwróciły się w jego kierunku, zastanawiając się, czy to nie jakiś głupi żart.
- Gdzie Molly? – zapytał ktoś spod okna.
- W domu, pilnuje dzieci – odparł Weasley, ściągając tiarę i, wyraźnie zmęczony, z westchnieniem usiadł na podsuniętym przez kogoś krześle.
- Wiesz może, co z Jamesem? – odezwała się cichym głosem Lily, podkrążonymi oczami patrząc, jak ociera sobie twarz.
- No, tak, młoda pani Potter… Tyle zmartwień, Lily, tyle zmartwień… - szepnął Artur, uśmiechając się blado. – Wiem tylko o Gideonie. Walczyli z pięcioma śmierciożercami! – zawołał, z nagłą pasją uderzając pięścią o blat. – Aż w końcu ich zabili.
- Nie mieli szans – zauważyła cierpko Emilia Vance, wchodząc do pokoju. – Osaczyli ich jak chochliki kornwalijskie.
Wszyscy spojrzeli po sobie ponuro.
Z przedpokoju dobiegły do nich odgłosy szamotaniny i podniesiony, kobiecy głos, który wydał się Lily dziwnie znajomy.
- Puść mnie, ty ważniaku! – wrzeszczała Doris Crockford, z całej siły bijąc po ramieniu Alastora Moody’ego, który wyglądał, jakby miał za chwilę zwymiotować. – Lily, powiedz mu, kim jestem, niech sobie nie myśli, że może mnie tak bezkarnie uprowadzać! Zboczeniec!
Lily poderwała się z miejsca, rzucając jej wymowne spojrzenie, pod wpływem którego od razu zamilkła i spokojnym głosem zwróciła się do aurora:
- Alastorze, jest całkowicie nieszkodliwa.
- Pewnie, że jestem nieszkodliwa, przecież złamałam swoją różdżkę, nie mam się czym bronić! – krzyknęła Doris, wystawiając język w kierunku Moody’ego, który chyba rozważał, jakim zaklęciem w nią ugodzić.
- Następnym razem chcę widzieć identyfikator! – huknął, wychodząc.
Rozległo się parę westchnień dezaprobaty, które zaraz zamieniły się w pełne przestrachu okrzyki, gdy w pokoju pojawiło się kilka rannych, wyczerpanych walką osób.
- Gdzie James? – szepnęła Doris, marszcząc brwi, kiedy nie dojrzała nigdzie Jamesa. – Znów na jakiejś eskapadzie?
Lily kiwnęła głową, ledwie powstrzymując płacz.
- Jeszcze się nie znalazł – wyznała łamiącym się głosem. – Zaginęło…
- Nic nie mów, wiem o wszystkim – przerwała jej Doris, przytulając ją i gładząc po głowie. – Jak maluszek?
- Całkiem w porządku…
- Wszystko będzie dobrze, Lily. Wszystko będzie dobrze…
***

- Twój mąż jest mugolem? – zapytał Syriusz, kiedy, prowadzony przez Dorcas, znalazł się w obskurnej, zupełnie mu obcej dzielnicy Liverpoolu.
- Tak – odparła, pogrążona w myślach, przeskakując po dwie kałuże naraz.
- Kochasz go?
- Bardzo.
Syriusz rozejrzał się ostrożnie, gdy powiał silny, świszczący wiatr i wsadził ręce głębiej do kieszeni, doganiając ją.
- Właściwie to… Czemu nie chciałaś nikomu się do tego przyznać?
Spojrzała na niego jak na wariata i wzruszyła ramionami.
- Pomyśl logicznie. Przecież byłam, to znaczy, jestem tajną agentką Ministerstwa, teraz Zakonu… Gdyby jakiś śmierciożerca dowiedział się przez przypadek, że mój mąż jest mugolem, straciłabym całą wiarygodność. Wiedzieli tylko pracownicy Departamentu Tajemnic.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Teraz wiem i ja.
Nim zdążyła odpowiedzieć, ze wszystkich stron otoczyły ich czarne peleryny.
Nie zdołali uciec.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [26]

...Bo to prawda, że kobieta zmienną jest... >> sobota, 14 października 2006 21:34:22
Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy z nieba zaczęły spadać pierwsze, pojedyncze płatki śniegu. W półmroku i szarości, niezbyt wnikliwy obserwator dostrzegłby tylko szybko idącą postać w berecie, zaś inny, obdarzony bystrym wzrokiem, powiedziałby, że ulicą idzie kobieta; krępa, ładna dziewczyna, która płacze.
Nie, nie doskwierał jej głód. Nie była też tak do końca samotna. Miała w co się ubrać i była czarownicą. W gruncie rzeczy, powinna być zadowolona. Tylko, że jakoś nie umiała.
List od Scotta. Długo oczekiwana wiadomość, która miała oczyścić go w jej oczach, okazała się jedną, wielką pomyłką. Facet był nieobliczalny. Ożenił się, i to za jej plecami!
To prawda, czuła się oszukana. W końcu, kto przyjąłby podobną wiadomość spokojnie?
Poślizgnąwszy się na śliskim chodniku, ledwo utrzymała równowagę i lekko uderzyła głową w latarnię.
- Nic pani nie jest?
Zaczęła się śmiać, po czym gniewnym ruchem otarła twarz i już miała odpowiedzieć, nie przebierając w słowach, jak impertynencko zachowuje się osoba wciskająca nos w nie swoje sprawy, gdy zobaczyła przed sobą najprzystojniejszego faceta, jakiego w życiu widziała.
- Och, oczywiście, że jest! – wyjąkała, osuwając się prosto w jego bezsprzecznie bezpieczne ramiona, domyślając się, jaki kaloryferek nosi pod koszulką.
A on? Cóż, zaopiekował się nią.
Tylko, czemu wciąż płakała?
***

- Niby czego tu szukamy, Black? – zapytała opryskliwym tonem, kiedy z trzaskiem teleportowali się w jakiejś małej wiosce na obrzeżach Anglii.
- Dorcas, mogłabyś się przymknąć, choć na pięć sekund? – rzucił przez ramię, żwawym krokiem brnąc przez błotnistą breję w kierunku malutkiej, ogrodzonej drewnianym płotkiem chatki.
Założyła ręce na piersi i podejrzliwie zmarszczyła brwi, niechętnie za nim ruszając.
- Czy ktokolwiek wie, gdzie jesteśmy? – zapytała ostro, doganiając go. – Nie mam do ciebie zaufania.
Prychnął, odrzucając do tyłu przydługawą grzywkę i obrzucił ją pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
- Nie mam zamiaru cię zabić – mruknął. – Choć pomysł sam w sobie jest niewątpliwie kuszący.
Mimo woli, zaśmiał się, gdy dostał kuksańca prosto między żebra.
- Chichoczesz jak baba – stwierdziła z wyniosłą miną, wyprzedzając go o kilka kroków.
- Ty za to myślisz jak facet – powiedział z ironią, unosząc brwi.
- Och, Dorcas, ty myślisz jak facet! – zawołała, przedrzeźniając go i okręciła się wokół małego, wysuszonego drzewka, wywaliwszy na wierzch język.
Wzruszył ramionami i ponownie ruszył w stronę chatki, nie oglądając się za siebie.
- Co tam jest? – zapytała ze zniecierpliwieniem, przestając się wygłupiać. – Do cholery, czy muszę cię ciągle gonić?
- Musisz – odpowiedział.
- Chciałbyś – fuknęła.
- Chcę kupić motor – odparł, znów wzruszając ramionami.
Stanęła, otwierając szeroko oczy i wybuchła śmiechem.
- Masz zamiar zmusić mnie do samobójstwa?
- A to niby czemu?
Zamrugał, również stając i spojrzał na nią, szczerze zaciekawiony.
- Nigdy w życiu nie obejmę cię w pasie! – krzyknęła, wyrzucając do góry ręce w iście rozpaczliwym geście.
- A kto powiedział, że masz mnie obejmować w pasie? – zawołał, pukając się w czoło.
- No, przecież jak się jedzie z tyłu, na motocyklu, to się trzeba czegoś trzymać, by nie zlecieć! Halo? – powiedziała po sekundzie milczenia, kręcąc głową.
Wyszczerzył zęby.
- Boisz się, Dorcas. Ty się mnie boisz – stwierdził z zadowoleniem. – Stara panna się mnie boi!
- A kto to mówi! Zniewieściały kawaler! – syknęła, po czym, ani się obejrzał, a dostał śnieżką prosto w twarz.
***

Pisząc w czarnym notesie doznawał swoistego uczucia władzy i zemsty zarazem.
Pisząc w czarnym notesie, czuł się ważny i potrzebny.
Pisząc w czarnym notesie, tak jak teraz, kiedy Lily podawała mu gorące kakao w jego ulubionym kubku, czuł się bezkarny… Niesamowicie pozbawiony złudzeń i zahamowań, a zarazem ich pełen.
Zeszyt mógł zabić. Dobrze o tym wiedział.
Jego rola nie polegała tylko na notowaniu. Musiał uważać, by nikt oprócz niego nie dotknął książeczki.
Nie był tylko szpiegiem. Musiał być też dobrym aktorem.
Potem wszystko stanie się piękniejsze.
Właśnie to było najważniejsze.
***

Chodziła w tę i z powrotem. Wciąż: od łazienki do sypialni, tym samym torem. Za oknem sypał śnieg, James udał się do Ministerstwa, a ona była w ciąży.
Może i to nic takiego – być w ciąży. Tyle tylko, że potrzebowała towarzystwa. Samotność doprowadzała ją do obłędu. Była sfrustrowana, zdołowana i ciągle trzymała się za brzuch, powtarzając w kółko, że to wszystko z pewnością nie może być normalne.
- Boże – jęknęła, gdy poczuła, że musi do łazienki.
Uzdrowiciel ostrzegał ją, gdy odwiedzał ich dom po raz ostatni, że dziecko może uciskać pęcherz, ale żeby do tego stopnia?
Chciała, by James stanął w progu i wziął ją w objęcia. Bała się, że zaraz wybuchnie płaczem. Wolała tego nie robić, bo złe emocje podobno szkodzą noworodkom.
- Kochanie, wszystko będzie dobrze… - szepnęła, głaszcząc brzuch, gdy wreszcie doczołgała się do toalety.
I wtedy, gdy James stanął w progu, zamiast rzucić się mu w objęcia, rzuciła w niego klątwą. Nie mogła się powstrzymać.
***

Stali w opuszczonym, mugolskim garażu, zupełnie sami. Atmosfera mogłaby być zgoła interesująca, gdyby nie ich wzajemna antypatia i motor, oddzielający ich od siebie na długość metra.
- Jest brzydki, Black – stwierdziła z przekonaniem, w skupieniu kontemplując dwie brudne, podniszczone opony.
- Jest piękny, Meadowes – odparł spokojnie, oglądając je z drugiej strony.
Uznał, że nie da się sprowokować.
- Zardzewiały.
Pokręciła nosem, obchodząc motor dookoła i ni stąd, ni zowąd, pochyliła się nad maszyną, niemal dotykając nosem tapicerki.
- Będzie latał – powiedział z dumą.
- Wiem – mruknęła.
- Skąd?
- Jak czarodziej kupuje motor, to tylko latający, tak? Nie słyszałeś o czymś takim, jak zmysł dedukcji? – oświadczyła, uśmiechnąwszy się złośliwie.
- Nie – burknął.
- Idiota – westchnęła, w porę uchyliwszy się przed lecącym w jej kierunku starym kaloszem. – Permanentny idiota.
***

W pośpiechu pakowała najpotrzebniejsze rzeczy do małej, brązowej, podręcznej walizeczki. Co jakiś czas przystawała, odgarniając czarne włosy ze spoconej twarzy i usiłowała wymyślić, dokąd się udać.
Kierował nią strach; możliwe, że lepszym określeniem byłaby prymitywna i wulgarna trwoga.
Chciała uciec przed litością, zaklęciami niewybaczalnymi i, do końca nie wiadomo, dlaczego, przede wszystkim przed szarymi tęczówkami Lucjusza Malfoya, który wiedział. I pozwolił jej odejść.
Zarzucając na głowę czarny kaptur, nie zdawała sobie sprawy, jak dalece ugrzęzła w otchłani. Caroline była stracona, po prostu spisana na straty.
Miała zginąć w słusznej sprawie i to miało uratować jej duszę. Motała się, zakleszczona w pułapce, niczym mucha w misternie utkanej, pajęczej sieci.
Robiła głupstwa, bo o niczym nie wiedziała. Popełniała błędy, bo nie wierzyła w dobro.
***

Leżąc w skołtunionej pościeli obok nowo poznanego Frederica, miała mętlik w głowie. Jeszcze niedawno walczyła o prawa kobiet jako feministka, teraz bez oporów oddała się mężczyźnie i… Było jej z tym dobrze.
Zachowujesz się jak dziwka – odezwał się karcąco natarczywy głosik w jej głowie.
Pieprzyć to, pomyślała Doris, drżącymi dłońmi wyciągając papierosy z tylnej kieszeni dżinsów Frederica.
Niewidzącym wzrokiem spojrzała na śpiącego nieopodal mężczyznę i podeszła do okna, mocno się zaciągając.
- Nie mówiłaś, że palisz – szepnął Frederic prosto do jej ucha.
Zadrżała i uśmiechnęła się blado.
- Nie zauważyłam, że nie śpisz – odparła.
- Bo w ogóle nie patrzyłaś…
***

- Jim, to były tylko galaretowate nóżki! – wyjęczała Lily, siedząc przed drzwiami sypialni, w której zabarykadował się James. – Wyjdź stamtąd, porozmawiajmy!
- Ciąża nie upoważnia cię do zamachów na moje życie! – krzyknął zza drzwi. – Skąd mam pewność, że nie rzucono na ciebie Inferiusa?
Lily prychnęła, podkurczając pod siebie nogi, po czym zmarszczyła nos i zaczęła udawać, że płacze.
- Ale ja nie chciałam, Jim! – zawołała cicho. – To była taka… zachcianka!
- Nie wyjdę, dopóki tego ze mnie nie zdejmiesz, albo nogi nie przestaną mi się trząść!
Poprawiła włosy i zamarła, nasłuchując.
- Jim, ale się nie obraziłeś, prawda? – zapytała z nadzieją, pociągając nosem. – Ja… Ja nie chciałam!
- Zmywasz naczynia do końca życia! – wrzasnął.
- Ty… Ty w ogóle nie jesteś dla mnie wyrozumiały, James!
- Nie płaczesz – stwierdził po krótkiej pauzie i usłyszała jego śmiech. – Udawajka, udawajka!
- Och, zamknij się – powiedziała nadąsanym tonem, kiedy w końcu otworzył drzwi.
Uśmiechnął się rozbrajająco.
- Kocham cię.
***

Stała na przejściu dla pieszych, kiedy zobaczyła na niebie motor. Tak dawno nie widziała latających maszyn, że aż zamrugała ze zdziwienia. Chwilę później, gdy pojazd wylądował tuż przed nią, a na nim siedzieli Syriusz i Dorcas Meadowes, omal nie zadławiła się cukierkiem.
- Kate, jak miło cię widzieć! – zawołał Black, szczerząc zęby.
Przytulona do jego pleców Dorcas miała mocno zaciśnięte oczy i nawet się nie poruszyła.
- Co jej jest? – zapytała bezgłośnie Kate, wskazując na nią podbródkiem.
- Dorcas, kochanie! To już koniec! – ryknął.
Meadowes ruszyła się niespokojnie i otworzyła jedno oko, sprawdzając, czy aby na pewno są już na ziemi.
- Całe szczęście – mruknęła, odklejając się od niego i wyjęła z uszu stopery.
Kate odchrząknęła.
- Ja nie wiedziałam, że wy tak razem…
- To jest Kate – wtrącił.
Dorcas spojrzała na Syriusza wyzywająco, po czym zwróciła się do niej z jadowitym uśmieszkiem, mówiąc:
- Jest twój.
Uniósł brwi, kiedy z gracją zeskoczyła z motoru i oddaliła się chodnikiem, kołysząc biodrami.
- Miło było cię poznać, Kate – powiedziała, a potem, spojrzawszy na Syriusza, dodała: - Było naprawdę bosko.
Zapadła przerażająca cisza, którą przerwała Kate, zaczynając się śmiać. Kiwnęła głową i podeszła do niego, pocieszająco klepiąc go po ramieniu.
- Nie masz z nią szans.
I odeszła.
Zapowietrzył się, został na placu boju sam, z najmniej inteligentnym wyrazem twarzy w całym jego życiu i było bosko.
Nieprzytomnie poklepał silnik motoru i wzbił się w powietrze.
- Miło było cię poznać, Kate? Było naprawdę bosko? – zaskrzeczał, marszcząc się.
I, nic nie rozumiejąc, biedaczek, odleciał.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [20]

...Sekretne słowa, jak liście na wietrze... >> piątek, 1 września 2006 22:50:26
Płatki śniegu tańczyły za oknem, otulając zmarzniętą ziemię białym puchem… Lily z westchnieniem oparła się o blat kuchennego stołu i wbiła wzrok w równo poustawiane, brudne szklanki, które będzie musiała wymyć po wyjściu gości.
Nie czuła się najlepiej. Prawdę mówiąc, chwilę temu dopadła ją niesamowicie silna fala mdłości i jeszcze nie do końca jej przeszła. Nawet teraz było jej niedobrze.
Wzięła kilka głębokich oddechów i wolno podeszła do okna, przygryzając dolną wargę.
Nie może im powiedzieć; musi dowiedzieć się pierwszy.
Syriusz, Kate, Remus i Peter właśnie siedzieli w salonie, nieświadomi jej stanu i samopoczucia, a James, jak na złość, rozbijał się po Anglii na polecenie Dumbledora w jakiejś strasznie tajemniczej sprawie. Czy dyrektor naprawdę aż tak go potrzebował, że musiał go zabierać akurat w tym czasie?
Podniosła głowę i zmrużyła oczy, wodząc wzrokiem za brnącą w śniegu ciemną postacią, która powoli zbliżała się do ich drzwi frontowych.
- Kolejny gość – mruknęła, wrzuciwszy ścierkę do zlewu. – Wspaniale.

Wszedł do domu i natychmiast poczuł się lepiej. Miesiąc, który spędził bez żony i przyjaciół wydawał mu się wiecznością; z rozrzewnieniem spojrzał na zaniedbany kwiatek, stojący na komodzie pod lustrem. Pamiętał, że kiedy wyjeżdżał, jeszcze kwitnął.
Do jego uszu dotarł przytłumiony gwar rozmów, najprawdopodobniej z salonu. Uśmiechnął się do siebie. Lily miała gości.
Zauważył w pobliżu stertę ubrań i rzucił na nią swój przemoknięty płaszcz, siłując się z za mocno zawiązaną sznurówką w prawym bucie. Zaklął, gdy wreszcie uwolnił stopę i prawie nie upadł na podłogę, zataczając się do tyłu.
- Lily, usiądź. No, siedź, ja pójdę. Zobaczę, kto przyszedł – powiedział, chyba Syriusz.
James właśnie przymierzał się, by niezauważenie wślizgnąć się do środka, gdy nagle drzwi same otworzyły mu się przed nosem i zobaczył, najpierw zaskoczoną, a potem uradowaną twarz Łapy.
- Stary, wróciłeś! – krzyknął, ściskając go tak mocno, że James miał wrażenie, jakby zatrzeszczały mu żebra.
Uśmiechnął się niepewnie, stając w progu i zobaczył Lily, odwróconą do niego tyłem. Żywo gestykulowała, opowiadając o czymś Remusowi, który klęczał właśnie przy kominku, poprawiając ogień.
Syriusz podał Jamesowi landrynkę, uśmiechając się promiennie.
- Rogasiu, no, jak było? – zawołał, mocno klepiąc go po plecach, tak, że chłopak zakrztusił się cukierkiem.
Dopiero wtedy reszta towarzystwa ich zauważyła.
Kate podniosła głowę znad „Czarownicy” i wstała szybko, ściskając go, Peter łypnął na niego z kąta pokoju, podniósłszy rękę na powitanie i zaraz wrócił do pisania czegoś w tym swoim czarnym pamiętniczku, Remus wyściskał go, prawie równie mocno jak Syriusz… Została tylko Lily.
Zanim rzuciła mu się w ramiona, mógłby przysiąc, że w jej oczach widział łzy.
- James – wyszeptała, tuląc się do niego.
Pocałował ją w czoło i uśmiechnął się do pozostałych, którzy raz po raz na nich zerkali, wróciwszy do swoich zajęć. Jak widać, czuli się tu praktycznie jak w domu.
Syriusz usiadł na dywanie, podkurczając pod siebie nogi i odgarnął z czoła niesforną grzywkę.
- Dosyć migdalenia – powiedział wesoło, drapiąc się po głowie. – Rogacz musi nam co nieco opowiedzieć.
James wzruszył ramionami i usiadł na krześle koło fotela, na którym siedziała Kate.
Lily usiadła na swoim miejscu, bezwiednie kładąc rękę na brzuchu, po czym uśmiechnęła się niepewnie i lekko pobladła.
- Dobrze się czujesz? – zaniepokoiła się Kate, odkładając gazetę na stojący w pobliżu stojak. – Nie wyglądasz najlepiej.
- Wszystko w porządku – odparła Lily, uśmiechając się z trudem.
- Gdzie jest Doris? – zainteresował się James, rozglądnąwszy się dookoła. – Czemu nie przyszła?
Kate rzuciła Lily porozumiewawcze spojrzenie, a Remus odchrząknął.
- Kiedy wyjeżdżałeś, pisała, że niedługo się pojawi, ale widocznie coś ją zatrzymało, bo, jak dotąd nie wróciła. Jest gdzieś na północy Anglii – powiedział, marszcząc brwi.
- Jeśli już, to nie coś, ale ktoś, Lunatyku! – zaśmiał się Syriusz. – Pewnie rzuciła tego swojego Scotta i…
- Możecie być ciszej?
Z kąta dobiegł do nich naburmuszony głos Petera. Wszyscy zwrócili głowy w jego stronę; na ich pytające spojrzenia wzruszył tylko ramionami i wrócił do pisania.
- On jeszcze to pisze? – zapytał James szeptem, by nie mógł go usłyszeć. – Książkę produkuje, czy co?
Remus podrapał się po brodzie.
- Kilka dni temu dotknąłem tego notatnika… - zaczął, ale Lily nie dała mu dokończyć.
- Dotknąłeś go? – zapytała ostro, pochylając się ku niemu i złapała go za ramię. – Nic ci się nie stało?
Przyjaciele popatrzyli na nią, zaskoczeni.
- Nic ci się nie stało, Remusie? – powtórzyła z naciskiem.
Pokręcił przecząco głową.
- Och.
Lily odetchnęła z ulgą, prostując się i głębiej usadowiła się w fotelu. Zacisnęła usta, wyzywająco spoglądając na pozostałych i powiedziała, trochę wytrącona z równowagi:
- Kontynuuj, Remusie.
Lupin zamrugał, nic nie rozumiejąc, po czym uśmiechnął się niepewnie i zapytał:
- Na czym skończyłem?
- Powiedziałeś, że dotknąłeś tego notatnika… - mruknęła Kate, przeszywając Lily wzrokiem.
- Ach, tak – Remus zerknął na Lily, która teraz wpatrywała się w płomienie. – Peter był bardzo niezadowolony, natychmiast mi go wyrwał i przytulił do piersi, jakby to było jego dziecko…
Lily drgnęła i przymknęła oczy, podkładając pod głowę poduszkę.
- Pytałem się, czy nic mu nie jest, trochę się martwiłem. Obraził się na świat, ostatnio miota się po domu jak zwierzę, a ja kompletnie nie wiem, o co może chodzić…
- Może ma problemy z psychiką?
Syriusz prychnął, obrzucając Kate litościwym spojrzeniem.
- On zawsze był dziwny – stwierdził bez cienia litości.
James spojrzał na niego z naganą, ściągając brwi.
- Jest naszym przyjacielem.
- Przyjacielem, czy nie, jest dziwny i nie możesz temu zaprzeczyć – odparł Syriusz, wlepiając wzrok w swoje paznokcie.
- Lepiej skończmy temat – wtrąciła Kate. – Nie lubię, gdy się kłócicie.
Chłopcy spojrzeli po sobie z niesmakiem.
- Jeśli skończyliście, James, mam dla ciebie niespodziankę – odezwała się Lily. – Chcę, by wszyscy obecni również się o tym dowiedzieli, więc, cóż, chyba jestem zmuszona pokazać wam to teraz.
Zbladła, próbując ruszyć się z fotela.
Na ten znak Kate poderwała się z miejsca.
- Coś przynieść? – zapytała szybko.
Lily skinęła głową, z powrotem opadając na fotel i zakryła usta dłonią.
- Jest w mojej nocnej szafce takie czerwone pudełko… Proszę, przynieś je i podaj Jamesowi.
Kate wyszła z pokoju, posyłając jej zdziwione spojrzenie, po czym szybko wróciła, wręczając Jamesowi, zgodnie ze słowami Lily, czerwone opakowanie.
- Otwórz – syknęła Lily, wstając.
- Uwielbiam niespodzianki – zawołał wesoło James, nie zwróciwszy uwagi na ton żony.
Gdy wieczko się odchyliło, a zebranym ukazało się, co jest w środku, wszyscy wybałuszyli oczy i otworzyli usta.
James drżącymi dłońmi uniósł zawartość, tak, że teraz nawet Peter widział, co tam było.
- Smoczek – wyjąkał Potter słabo. – Smoczek!
W tej samej chwili Lily wybiegła z pokoju. Zapadła cisza.
Po sekundzie usłyszeli trzask drzwi prowadzących do łazienki.
James usiadł z wrażenia, a oni zaczęli się śmiać.
- Będę… Będę… Będę miał dziecko.
***

Kiedy kilka miesięcy temu ona, Doris Crockford, upiła się w odpowiedzi na krzywdzące zachowanie faceta, nie wiedziała, jaka była głupia. Teraz już, niestety, znała prawdę; ponadto, skutki owego niezbyt pochlebnego zachowania odczuwała po dziś dzień, opędzając się od Briana, jak od namolnej muchy, bo wmówił sobie, że koniecznie chce postawić jej jakiegoś drinka, jakby nie miała dość picia do następnych świąt Bożego Narodzenia.
Zupełnie nie wiedziała, co zrobiła, albo, o zgrozo, co powiedziała tamtego wieczora, że zapałał do niej tak jawną i bezpretensjonalną sympatią. Co więcej, dowiedzieć się nie chciała. Wolała oszczędzić sobie niepotrzebnego wstydu.
Siedząc w kawiarni, bez pośpiechu sączyła bezkofeinową kawę ze śmietanką i rozglądała się dookoła, chcąc upewnić się, czy w pobliżu na pewno nie ma Briana, kiedy kątem oka dojrzała wielki plakat głoszący o równouprawnieniu.
Z brzdękiem odstawiła filiżankę na podstawkę i wybałuszyła oczy, jakby doznała jakiegoś objawienia.
- Czy pani to widzi? – powiedziała cicho do pewnej młodej kobiety, która akurat przechodziła koło jej stolika.
Na oko, była w wieku Huncwotów.
- Przepraszam? – zapytała uprzejmie kobieta, z zaskoczenia mrugając wielkimi, bursztynowymi oczami i uśmiechnęła się do Doris.
Pewnie myślała, że zaczepia ją dlatego, że jest chora psychicznie, czy coś.
Doris odwzajemniła uśmiech i wskazała podbródkiem na plakat, pytając:
- Istnieje tu jakiś ruch feministyczny?
Dziewczyna rozpromieniła się nagle i usiadła koło Doris, wołając kelnera.
- Chciałabyś się do nas dołączyć? – zapytała po chwili z przejęciem, mieszając łyżeczką w swoim cappuccino. – Mężczyźni są tacy ograniczeni! – Urwała, zamyślając się na chwilę, po czym dodała: - Mam na imię Anne.
- Doris.
- Przeznaczenie cię do mnie sprowadziło – westchnęła Anne, odgarniając z czoła kosmyk blond włosów. Miała idealnie wypielęgnowane paznokcie. – Chcemy pokazać innym, że możemy być zadbane, no wiesz – powiedziała, podchwyciwszy wzrok Doris. - Musimy świecić przykładem, być idealnie zorganizowane i ogólnie najlepsze. Więc radzę ci się dobrze zastanowić, zanim do nas wstąpisz. Rozumiesz, te feministki z południa są takie zacofane… - Upiła łyk kawy. – Myślą, że jak pokażą innym kobietom obraz, hm, zapracowanej kobiety, która nie myśli o niczym innym tylko o firmie, a przez to zaniedbuje siebie i swoje sprawy, zapominając zupełnie o przyjemnościach, one zgodzą się do nas dołączyć! Nie słyszałam większej bzdury, bo wyobraź sobie, że trzeba wydobyć esencję kobiecości, by ta kobiecość jednocześnie była tak samo ważna jak męskość… To co, jesteś z nami?
Doris jakby ocknęła się z transu, kiedy tamta powtórzyła pytanie, i pokiwała twierdząco głową.
- Tak myślałam – zaszczebiotała Anne, delikatnie poklepując ją po plecach. – Jutro o siedemnastej bądź na spotkaniu, tam masz wywieszkę. Buźka, pa!
I odeszła, pozostawiając po sobie obłoczek delikatnych, miłych dla nosa perfum oraz niezapłacony rachunek za swoją kawę.
***

- Czemu mi nie napisałaś? – zapytał James z wyrzutem, gdy zostali sami.
Lily lekko się zmarszczyła i ruszyła w kierunku kuchni, jakby nie dosłyszała jego pytania.
- Mogłaś mi napisać – powiedział, w ręku wciąż trzymając smoczek. – Postarałbym się wrócić szybciej, a tak… Który to już miesiąc?
Podniósł go wyżej i pomachał nim przed nosem swojej żony. Minę miał zaciętą, prawie tak zaciętą, jak wtedy, kiedy próbował się z nią umówić, jeszcze w Hogwarcie.
Dziewczyna prychnęła, biorąc do ręki ścierkę i ruszyła w kierunku szklanek. Widział jej profil, zaciśnięte usta i wyraźne niezadowolenie.
- Nie sądziłam, że tak to odbierzesz – szepnęła po chwili, zniecierpliwiona, zostawiając szklanki w spokoju. – Nie chciałam ci o tym pisać, ponieważ stwierdziłam, że o wiele lepiej będzie, jeśli powiem ci o tym sama, albo przynajmniej pokażę ci to.
Podbródkiem wskazała na trzymany przez Jamesa smoczek i uśmiechnęła się blado, bawiąc się obrączką.
- Jest zielony – mruknął chłopak.
- Tak – westchnęła. – Stwierdziłam, że to taki kolor… odpowiedni zarówno dla dziewczynki, jak i dla chłopca. Podoba ci się?
James pokiwał twierdząco głową, ale nie podniósł na nią wzroku.
- Nie chciałam, by tak to wyglądało – stwierdziła gorzko. – Miałam ci to powiedzieć inaczej, dać ci pudełko w inny sposób, żeby to zabrzmiało tak… lepiej – Urwała, odwróciwszy się do niego plecami. – Tak bardzo chciałam ci sprawić niespodziankę, James…
- Sprawiłaś – powiedział szeptem. – Będę miał dziecko. Przecież tego chciałem. Mieć z tobą dziecko.
Zaśmiała się.
- Doprawdy?
Burknął pod nosem coś niezrozumiałego, po czym podszedł do niej i odwrócił tak, by patrzyła mu w oczy; wziął jej twarz w dłonie i nachylił się lekko, chcąc ją pocałować, ale odwróciła głowę.
- Lepiej się czujesz? – zapytał z troską, jedną ręką łapiąc się za kark i cofnął się o krok.
Rękawem swetra otarła twarz i wymownie spojrzała w sufit.
- Trochę.
- Lily, ja…
Czekała na jego słowa, nadal nie zaszczycając go spojrzeniem.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też, James – powiedziała cicho i, niczego już nie dodając, opuściła kuchnię.
Uciekła.
***

Stanęła pod drzwiami swojej sypialni, kiedy usłyszała szelest peleryny na końcu korytarza i podniesiony, szorstki, męski głos. Zaintrygowana, odwróciła głowę w tamtym kierunku, ale niczego nie dojrzała.
Niepewna, czy wejść do środka i położyć się spać, czy zbadać źródło, z którego dochodził ów tajemniczy głos, uniosła brwi i zacisnęła dłoń na klamce.
- Terry!
Odskoczyła od drzwi jak oparzona. Parę długich, czarnych kosmyków uwolniło się spod luźnego koka, teraz opadając na jej wystraszoną, bladą twarz.
- Terry – powtórzyła szeptem i poczuła, jak oplatają ją ciasne, przygniatające ramiona trwogi.
- Terry! – krzyknął ktoś raz jeszcze, po czym wychylił się z pokoju, w którym jeszcze nie była; mieścił się w najdalszym, najbardziej zaniedbanym kącie starego domu, w którym mieszkali.
- Caroline – syknął Lestrange, łypiąc na nią podejrzliwie. – Co tu robisz?
Kobieta rozejrzała się dookoła, z początku nie wiedząc, jakiej udzielić odpowiedzi.
- Stoję.
Prychnął, wycofując się do środka.
- To Caroline – usłyszała. – Tak, Caroline Leto.
Lestrange zaśmiał się szyderczo i, cały czas z kimś rozmawiając, zawołał ją, rozdrażniony.
Zadrżała, wyczuwając niebezpieczeństwo i, delikatnie stąpając po wyniszczonej posadzce, weszła do środka obskurnego, szarego pokoju, równie przerażającego jak oblicza osób, które znajdowały się w środku.
- Witaj – powiedział Lucjusz Malfoy, na jej widok wykrzywiając twarz w pogardliwym grymasie. – Chcielibyśmy zadać ci kilka pytań. Prawda, Terry?
***

Zostanie feministką, a wszyscy faceci będą mogli jej nachuchać!
Z tą myślą, Doris przemierzała w tę i z powrotem długość swojego troszkę zatęchłego pokoiku i planowała przyszłość.
Może kiedy stanie się, tak jak Anne, wzorem dla innych kobiet oraz bardziej zadbaną, wyrafinowaną, piękniejszą wersją samej siebie, mężczyźni zrozumieją, jakimi są głupcami.
- Tak – mruknęła, uderzając pięścią w malutki sekretarzyk. – Tak!
Przy okazji, da im popalić.
Odruchowo spojrzała na zegarek; widząc, że jest już godzina wpół do piątej po południu, wzięła z łóżka torebkę i wyszła na wąski korytarzyk, zamykając drzwi.
Będzie walczyć jak lwica! Tak, właśnie, lwica! Będzie aktywną feministką, budzącą powszechne zaufanie i szalenie kuszącą uwodzicielką, twierdzą nie do zdobycia! Tak!
Tylko, czy to się jej opłaci?
Nie wiedziała i nie miała najmniejszego zamiaru się nad tym zastanawiać, jak najszybciej chcąc załatać krwawiącą ranę, którą zostawił w jej wnętrzu Scott.
Za wszelką cenę chciała naprawić swoje życie, nadać mu sens, zapominając o podstawowej, zasadniczej sprawie – o tym, że nie musi niczego nikomu udowadniać.
Znalazła cel. Było dobrze.
Przynajmniej tylko przez chwilę…
***

Usiadła na stołku, wyzywająco spoglądając w twarz Lucjuszowi, a dopiero później Rudolfusowi i małemu człowieczkowi, który leżał u jej stóp, zakneblowany i sponiewierany.
- Czego chcecie? – zapytała ostro, mrużąc oczy.
- Prowadzimy dochodzenie… - mruknął Malfoy, uśmiechając się ironicznie. – Ktoś podrzucił małemu Pettigrew zły notes.
Przeszył ją mrożącym krew w żyłach spojrzeniem; przez chwilę miała wrażenie, że zna prawdę.
- Nie słyszałam o tym – skłamała szybko, nawet nie mrugnąwszy okiem. – Jak to odkryliście?
Lestrange poruszył się niespokojnie, tłumiąc śmiech.
- Jak, ty parszywa ropucho? – syknął zjadliwie, obnażając zęby.
- Uspokój się, Lestrange – powiedział cicho Malfoy; kącik ust drżał mu nieznacznie, jakby chciał ukryć niestosowną do chwili wesołość. – Obecny tu Rudolfus chce powiedzieć, że nasz ukochany wilkołaczek, Lupin, dotknął notesu i niewiele brakło, by przeczytał jego zawartość. To, ta sytuacja miała miejsce, a jak wiesz, gdyby to zrobił, cały plan wziąłby w łeb…
- Potter i reszta dowiedzieliby się, co knujemy – wtrąciła, nie spuszczając z niego wzroku.
- Tak jest – zasyczał. – Bystra z ciebie dziewczyna.
- Kobieta – poprawiła. – Już dawno nie zostało we mnie nic z dziewczyny.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, znacząco unosząc brwi.
- Dlaczego ten notes nie spełnił swojej funkcji? – zapytała, choć dobrze znała odpowiedź.
- Dobre pytanie – stwierdził Malfoy, z uznaniem kiwając głową. – Widzisz, droga Caroline, sęk w tym, że nie był nasączony trującymi specyfikami i ciemną mocą.
- Czyli Lupin nie umarł – powiedziała.
- Nie – odparł.
- Terry opowiedział nam co nieco… - zaczął Lestrange.
Zamarła, oczekując najgorszego.
- Wyjdź – powiedział Lucjusz, chyba zauważając jej strach. – Wyjdź – powtórzył.
Starała się, by nie widzieli, jak trzęsą jej się nogi. Modliła się, by nie odkryli prawdy, choć była już pewna.
Wiedzieli, a egzekucja zostanie odroczona, dopóki więcej nie będzie im potrzebna.
W pokoju za jej plecami rozbłysło zielone światło.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [27]

...Nie wszyscy muszą się lubić... >> środa, 16 sierpnia 2006 17:27:06
Wielka, ciemna chmura wzięła Londyn w posiadanie. Grupka mężczyzn stojących obok skrzyżowania podniosła głowy i rozpierzchła się w kierunku swoich samochodów, zapewne chcąc schować się przed nadchodzącym deszczem; jakaś młoda dziewczyna przystanęła na środku chodnika i zaczęła przetrząsać torebkę w poszukiwaniu parasolki. Po chwili wyjęła ją z ulgą i ruszyła dalej, jakby ten lichy, prosty, mugolski wynalazek mógł co najmniej ochronić ją przed wszelkim złem tego świata.
Odszedł od okna, dzierżąc w dłoni przedmiot, od którego zależało jego życie i usiadł na kanapie, nieprzytomnie wpatrując się w szybę.
Uśmiechnął się, widząc coraz intensywniejszą barwę nieba, i czekał.
Wzburzone emocje zlatywały z niego powoli, niczym żmudnie rozpleciona pajęczyna. W jego głowie tłukła się tylko jedna myśl: dotknął go. Wciąż w to nie dowierzał.
Drzwi skrzypnęły i wychyliła się zza nich uśmiechnięta twarz Remusa.
Powinieneś zginąć, pomyślał Peter.
- Nic ci nie jest, Glizdogonie?
Dlaczego jest taki uprzejmy? Dlaczego tak się stara być dla niego miły? Powinien wezwać Ministerstwo, kazać zamknąć go w Azkabanie, albo sam zginąć! W żadnym wypadku stać w tych przeklętych drzwiach i przywoływać na twarz tę wstrętną, zatroskaną minę!!!
Przecząco pokręcił głową, czując, jak coś w jego wnętrzu rozsypuje się na kawałki.
- Na pewno?
Idź, do cholery!
Szybkie skinienie głowy i cichy pomruk niezadowolenia.
Idź!!!
Drzwi znów skrzypnęły; twarz Remusa znikła.
Coś zastukało w szybę. Peter podniósł głowę.
Wreszcie spadł deszcz.
***

- Jestem szczęśliwa – szepnęła mu do ucha, gdy leżeli razem w skołtunionej pościeli, w ich nowym domu.
Podniósł się na łokciu i obdarzył ją przenikliwym spojrzeniem, jakby chciał przejrzeć ją na wylot.
- Jeszcze niedawno twierdziłaś, że nie jesteś w stanie być szczęśliwa – powiedział poważnie, przeczesując dłonią włosy.
Wzruszyła ramionami, przewalając się na plecy i nawinęła na palec pasemko długich, rudych włosów.
- Nie przedyskutowaliśmy jeszcze sprawy naszych dzieci, James – mruknęła, zarumieniwszy się lekko. – Nadeszła już odpowiednia pora, nie sądzisz?
Podrapał się po brodzie, zmrużywszy oczy i zaśmiał się cicho. Chichot potoczył się echem po nieumeblowanej sypialni.
- Jesteśmy dorośli, kochamy się i jesteśmy małżeństwem… Nie widzę nigdzie żadnego problemu - orzekł James z miną, której nie mogła rozszyfrować.
Lily podniosła się niespiesznie i spuściła rolety; z nieba lały się strumienie wody.
- Muszę cię zmartwić, bo… - zaczęła niepewnie, wróciwszy do łóżka. – Ja niestety widzę. I niech mnie licho porwie, jeśli kiedykolwiek powiem, że nie chcę mieć z tobą dzieci, bo, uwierz mi, pragnę tego tak samo jak ty, ale nie widzę siebie w roli matki w czasie, kiedy śmierciożercy grasują po całej Anglii i zagrażają każdemu, a tym bardziej tym, którzy opowiedzieli się po… po przeciwnej stronie.
James westchnął i znów przeczesał dłonią włosy.
- W takim razie proponujesz nam przekładać to w nieskończoność, tak? – zapytał z rozczarowaniem. – Po prostu uważasz, że powinniśmy się wstrzymać i na razie dać sobie spokój.
Spuściła oczy, nie odpowiadając.
- Wojna może potrwać jeszcze kilkanaście lat – szepnął. – Tak wyobrażasz sobie nasze życie? Przenoszenie się z kąta w kąt, które tak cię drażni, przynajmniej dopóki ktoś nie zgodzi się być naszym Strażnikiem Tajemnicy i zero jakiejkolwiek uciechy ze wspólnego życia – Urwał nagle, widząc jej wzrok. – Nie mówię tu o braku miłości, tylko o braku uciech, to dwie różne rzeczy.
- Nie do końca – burknęła Lily.
- Jezu, przecież wiesz, że i tak jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, ponieważ jesteś moją żoną – żachnął się James, przewracając oczami. – Nie odpuszczę jednak, tak jak nie odpuściłem, przez te wszystkie lata, miłości do ciebie, bo chcę mieć z tobą dzieci, rozumiesz? To nie jest chwilowy kaprys i radzę ci się z tym oswoić. Staram się zachować w naszym życiu cząstkę normalności, której jest w nim coraz mniej. Walczmy, ale nie dajmy się zwariować, Lily. Nie popadajmy ze skrajności w skrajność, dobrze?
- Wspaniale – syknęła.
W odpowiedzi wziął ją w ramiona i zatkał jej usta swoimi.
***

Jak dobrze być znów w Hogwarcie, pomyślał, wspinając się po szerokich schodach prowadzących do Wielkiej Sali. Wędrując po szkolnych korytarzach, rozglądał się dookoła z rozrzewnieniem i przystanął na chwilę w miejscu, w którym pierwszy raz spotkał Sarę.
Myśl o niej wciąż nie dawała mu spokoju. Teraz wręcz wpijała mu się w ramię, gdy tak stał nieruchomo pod oknem i wspominał jej szorstkie dłonie.
- Cześć, Black.
Ktoś powitał go szorstkim, uprzejmym głosem, w którym bezsprzecznie czaiła się nutka wrogości, a może raczej źle skrywanej drwiny.
Obrócił głowę w bok, napotykając wzrok wysokiej, surowej, nieznanej mu kobiety. Nie miał pojęcia, kim mogła być; ubrana skromnie, acz elegancko, zdawała się być arogancka i zbyt pewna siebie. Włosy obcięte dość krótko na fryzurę podobną do pazia, tylko trochę bardziej niechlujną, miękko okalały jej twarz o ostrych, nieprzyjemnych rysach. Miał dziwne przeczucie, że jej nie polubi.
- Znamy się? – zapytał grzecznie, uśmiechnąwszy się z wahaniem.
Kobieta rzuciła mu ostre spojrzenie i podeszła do niego tanecznym krokiem, sprawiając wrażenie osoby znającej go od lat.
- Dorcas Meadowes, Black – oświadczyła lakonicznie i machnęła ręką, jak gdyby jej nazwisko wyjaśniało dosłownie wszystko.
Syriusz zamrugał oczami i głośno się roześmiał.
- Nie wyglądasz jak ona.
Zagryzła wargi i spojrzała na niego jak na wyjątkowo obrzydliwego robaka.
- Ale nią jestem.
- Po to wezwał mnie Dumbledore? By męczyć mnie twoim towarzystwem? – zapytał z przekąsem, zerkając na przechodzącą obok grupkę chichoczących szóstoklasistek.
- Interpretuj to jak chcesz, chciałam się tylko przywitać – burknęła nadąsanym tonem, poprawiwszy szatę.
- Uczysz tu?
Spojrzała na niego przelotnie i rozglądnęła się dookoła.
- Ja? – Upewniła się, unosząc brwi. – Nie, nie, broń Boże, nie uczę tu. Jestem, tak samo jak i ty, wezwana na rozmowę przez tutejszego dyrektora.
- Po co?
- Och – westchnęła, widząc jego minę. – Wiem, nie jest to zbyt miła perspektywa. Zarówno dla ciebie, jak i dla mnie. Sądzę, że chce powierzyć mi cię w opiece.
Syriusz prychnął.
- Jeszcze się dziwi! – zawołała. – Jestem od ciebie starsza i na pewno bardziej doświadczona, jeśli chodzi o walkę z ciemnymi mocami.
- W takim razie nie będziesz miała ze mną łatwo – powiedział głośno, a na jego twarzy wykwitł złośliwy uśmiech. – Choćbym miał się narazić Zakonowi, w życiu nie zgodzę się być twoim wspólnikiem.
Wbrew wszystkim jego oczekiwaniom, Dorcas tylko roześmiała się na te słowa i przyłożyła palec do ust, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała.
- Wydaje mi się, że nie będziesz miał wyboru.
Brwi Syriusza uniosły się wysoko w górę.
- Czyżby?
- Owszem, panie Black, podpisał pan umowę – oświadczyła beztrosko. – Jest pan ze mną związany. Na dobre i na złe.
Skrzywił się.
- Pomyliłaś współpracę ze ślubem?
Zacmokała cicho i odwróciła się na pięcie, idąc w kierunku schodów.
- Dumbledore na nas czeka. Chyba nie chcesz się spóźnić?
Jedno z całą pewnością musiał jej przyznać: uwielbiała robić mu na złość.
***

Nie przysłał jej sowy, ani żadnej innej wiadomości. Nie pofatygował się, by ją przeprosić, czy cokolwiek wyjaśnić. Ale, w sumie, powinna była się tego spodziewać. To totalnie w jego stylu.
Z cichym westchnieniem usiadła na hotelowym łóżku i rzuciła w kąt torbę, rozglądając się po skromnie urządzonym pokoju, który na jakiś czas miał stać się jej domem.
Zatrzymała się w jednym z najtańszych pensjonatów, bo po co miała wydawać mnóstwo kasy na swoje własne zachcianki, skoro Scotta tu nie było?
Zamglonym wzrokiem spojrzała za okno. Słońce świeciło wysoko, ogrzewając miasteczko, choć, według niej, powinno grzmieć, padać, a niebo być pochmurne i złe, tak jak ona była głęboko rozczarowana. Kolejny raz ktoś złamał jej serce.
Dobra, może i miała się kim pocieszyć. Nie mogła zaprzeczyć, podobał jej się Barry. Tylko, że istniał jeden problem, który zagrażał ich ewentualnemu szczęściu. Mianowicie, Barry był mugolem. Nie chciała i nie potrafiła z nimi być. To dlatego, po pełnej obściskiwania i przytulanek podróży, odmówiła zatrzymania się u niego, gdy jej to zaproponował.
Położyła głowę na poduszce i wpatrzyła się w lekko popękany, szary sufit.
Dlaczego jej życie musi być pasmem damsko-męskich rozczarowań?
Ktoś powiedział jej kiedyś, że jest za łatwa. James i reszta twierdzili, że jest zdesperowana. Czy tak było naprawdę?
Po chwili wybiegła z hotelu, a jej loki rozwiały się na wietrze.
Nie wiedziała, dokąd pójdzie. Było jej wszystko jedno, ale na pewno nie spędzi tej nocy sama. Nie pozwoli na to.
Zanim wyciągnęła z kieszeni plan miasta, gniewnym ruchem otarła twarz i głośno pociągnęła nosem.
Jestem Doris Crockford, Scott, pomyślała. Doris Crockford…
Z nią się nie zadziera.
***

Kiedy już oderwali się od siebie z cichym mlaśnięciem, nie mogła pozbierać myśli.
- Boże, James, co ty ze mną robisz? – jęknęła.
Uśmiechnął się łobuzersko i znów ją pocałował.
- Kocham – odparł w jej usta.
- Przestań, zaraz może tu… ktoś… wejść – powiedziała z trudem, marszcząc brwi.
Próbowała wydostać się z zasięgu jego ust, ale miał dla niej zbyt szybki refleks.
- Do naszej sypialni? Chyba nie mówisz poważnie. Jedyną osobą, która jest w domu, to Kate. Nigdy tu nie wchodzi – przerwał, unosząc głowę. – A jednak pozwoliłaś jej u nas zostać.
- To nie tak – wymamrotała Lily pospiesznie. – Po prostu nie chciałam, by mieszkała sama w takim stanie.
James uśmiechnął się leniwie, nadal obsypując ją pocałunkami.
- Przecież nic jej nie jest – powiedział gdzieś w okolicy jej obojczyka.
- Nie znasz jej – odparła, zaciskając dłoń na pościeli.
- Nic jej nie jest – powtórzył.
- Nie powinieneś… - zaczęła, ale nie dał jej dokończyć.
- Jesteś moją żoną. Jeśli są rzeczy na tym świecie, których nie powinienem robić, to raczej z innymi kobietami.
- Od kiedy jesteś taki stanowczy?
- Od zawsze, nie pamiętasz? – wyszeptał jej do ucha, ustami skubiąc jego płatek.
- Musisz się do mnie dobierać? W taki sposób?
- A nie mogę?
- Możesz – wybąkała, wbrew sobie oblewając się rumieńcem.
- Więc proszę siedzieć cicho, pani Potter.
Usłuchała.
***

Co zrobiłaby każda szanująca się, porządna dziewczyna w jej sytuacji?
Na pewno nie poszłaby się upić. Ale Doris nie była na razie szanującą się dziewczyną, ani, w żadnym razie, nie była porządna. No, to znaczy, może nie do końca.
Siedziała w jednym z wysokich stołków w wypełnionym dymem barze i piła jednego drinka za drugim. Zdziwiony jej wytrzymałością barman, co chwilę dolewał jej trunku. Robił to z namaszczeniem, jakby w hołdzie składanym jej mocnej skądinąd głowie.
- Czy to źle, kiedy się szuka miłości, Brian? – wybełkotała po jakiejś godzinie, zapuszczając żurawia pod jego rozchełstaną koszulę.
Zdążyli się już trochę poznać.
- To chyba zależy, w jaki sposób się jej szuka – odparł, zmarszczywszy brwi. – Dobrze się czujesz?
Doris wytarła nos wierzchem dłoni i roześmiała się głośno. Sztucznie.
- Świetnie! Czuję się wspaniale! Nigdy w życiu nie czułam się lepiej! – krzyknęła z ironią, uderzając głową o zimny blat.
W pierwszej chwili Brian był przerażony. Po chwili delikatnie przytrzymał jej głowę i sprawił, żeby znów na niego spojrzała.
- Rzucił cię chłopak? – zapytał cicho.
No, może nie cicho, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że musiał krzyczeć, żeby usłyszała jego głos. Miejscowa kapela dawała dziś czadu.
Doris z niespodziewaną zwinnością, jak na kogoś, kto się urżnął, wychyliła się do przodu i złapała go za koszulę, przybliżając jego twarz do swojej.
- Tylko nikomu nie mów – wydukała, znów osuwając się na stołek. – Jeśli komuś powiesz, osobiście rzucę na ciebie Avadę.
Nie zrozumiał i uznał, że bredzi.
- Może powinnaś pójść już do domu?
Jej wielkie oczy koloru zielonego otworzyły się szeroko i wypełniły się łzami.
- Ty też mnie nie chcesz? – wyjąkała. – Myślałam, że odprowadzisz mnie do domu…
Nie wiedział, czy ma to rozumieć jako zawoalowaną propozycję wspólnej nocy, czy po prostu prośbę nowo poznanej, pijanej koleżanki.
Doris znów zamierzała uderzyć się w głowię, więc, wyczuwając to w porę, powiedział szybko:
- Jasne, że cię odprowadzę.
Dziewczyna wysunęła się ze stołka i chwiejnie stanęła na nogach, jedną ręką nadal podpierając się o blat.
- Hotel na rogu, dwie przecz… prz… przecznice stąd – Zmarszczyła brwi, nabierając powietrza w usta i niespodziewanie zrobiła zeza.
- Cholera – zdążył mruknąć, kiedy runęła jak kłoda na lepką podłogę.
***

- To poważna sp-prawa, Czarny P-pan powinien się o tym dowiedzieć.
Cichy głos drżał w ciemnościach.
- Co się stało?
Drugi, stanowczy i mocny, zdawał się przecinać ciszę niczym ostry bat.
- Czarodziej, przeciw któremu walczymy, d-dotknął notesu.
- Pewnie kona. Po co przyszedłeś?
Znudzenie, jakie emanowało z jednego rozmówcy przeczyło całkowicie przerażeniu drugiego.
- Ma się d-dobrze. Nic mu nie jest.
- Jak to?
Niedowierzanie i zdradziecki strach.
- D-dotknął go i już miał go otworzyć, gdy wyrwałem mu go z ręki.
- Pettigrew, jeśli kłamiesz…
Wulgarny gest, podszyty groźbą.
- Mówię prawdę!
Zapewnienie i jęk. Głuchy odgłos czyjegoś upadku, dźwięk aportacji.
- Witaj, Terry.
I wszechobecna śmierć.
***

Od dawna Dumbledore nie bawił się tak dobrze.
- Panie Black, panno Meadowes… – zaczął, ale nie dane było mu dokończyć.
- Aha! – krzyknął Black, unosząc wskazujący palec w górę. – To dlatego tak bardzo nacisnęłaś na to swoje stwierdzenie, że jesteśmy powiązani na dobre i na złe! Nie masz faceta, panno Meadowes.
Dorcas zrobiła się czerwona ze złości, choć jej opanowanie było niegdyś znane w całej Anglii.
- To coś przed nazwiskiem wcale jednoznacznie nie oznacza, że jestem sama. Poza tym, to nie twoja sprawa – wysyczała w jego stronę, wbijając paznokcie w oparcie krzesła.
- A właśnie, że moja! Sama powiedziałaś, że jesteśmy ze sobą związani! – wołał Black, wychylając się w jej kierunku jak rozzłoszczony pięciolatek. – Mam cię! Po prostu się we mnie zakochałaś!
- Nie pochlebiaj sobie – fuknęła, mrużąc oczy, które chwilę wcześniej prawie nie wyszły jej z orbit. – A poza tym, kto to mówi?
Syriusz zacisnął usta i wyglądał, jakby miał się na nią rzucić, toteż Dumbledore stwierdził, że pora wejść do akcji, zanim nie zaczną rzucać w siebie jego kociołkami.
- Spokój – zagrzmiał i natychmiast się uspokoili.
- Przepraszam – powiedzieli jednocześnie, po czym zerknęli na siebie jak dwa wściekłe bazyliszki.
Dyrektor zachichotał.
- Wy się naprawdę nie znosicie, co? – zapytał, czysto retorycznie, ale Dorcas już śpieszyła mu z wyjaśnieniami.
- Black nie potrafi zrozumieć, że świat gna do przodu i mając od niego o trzy lata więcej można nadal nie być zamężną – powiedziała z krzywym, złośliwym uśmieszkiem na wąskich wargach.
- To wcale nie o to chodzi – odparł Syriusz, blednąc ze złości. – Sama powiedziałaś, że jesteśmy związani na dobre i na złe.
- Uczepiłeś się tego, jak rzep psiego ogona – warknęła.
- Przynajmniej ja nie jestem tak niesympatyczny i aspołeczny jak ty – odciął się.
- Ach, tak? Ja jestem niesympatyczna i aspołeczna, tak uważasz? Otóż, panie Black, z tego, co widziałam na otwarciu Zakonu Feniksa, zdawał się pan specjalnie stronić od innych.
- Obserwowałaś mnie? Cóż, nie dziwię się, nie było tam lepszych widoków do podziwiania.
- Nienawidzę cię – sapnęła.
- Musicie ze sobą współpracować, moi drodzy – odezwał się dyrektor, o dziwo, nadal wesoły. – Nie mamy innego zestawu, pasujecie do siebie jak ulał, jeśli chodzi o wasze zdolności – Spojrzeli na siebie ze wstrętem, odwracając twarze w przeciwnych kierunkach. – Od razu to zauważyłem, patrząc na nasze wspólne, pamiątkowe zdjęcie.
- Stałam koło tego odmieńca? – zapytała z niedowierzaniem. – Wszyscy będą widzieć, że koło niego stoję, do diabła. To uwłacza mojej godności.
- A mojej niby nie? – odparował Syriusz.
- Albo się zgadzacie, albo zostajecie wyłączeni z czarodziejskiego świata na czas nieokreślony – mruknął Dumbledore, z uniesionymi brwiami wpatrując się w swoje dłonie.
Nie wiedzieli, czemu nie chce na nich spojrzeć.
- Wspaniale – burknęła Dorcas.
- To szantaż! – zawołał Syriusz.
- Zgadzacie się, czy nie?
- Mamy wyjście?
- Och, nie bądź śmieszny, Black.
Dumbledore popatrzył na nich znad swoich okularów-połówek.
- Bez siebie zginiecie.
- I tak zginiemy – powiedziała.
- Nie zginiemy – zaprzeczył Syriusz.
- A właśnie, że tak.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
Wstali, a Dumbledore wziął ich za ramiona i delikatnie pchnął ich w kierunku wyjścia.
Oboje mocno się zdziwili, gdy nagle znaleźli się za drzwiami. Po chwili każde, obrażone, bez słowa pożegnania poszło w swoją stronę, myśląc, jakiego ma pecha.
A zabawa dopiero się zaczęła.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [22]

...Marzenia to nic złego... >> wtorek, 11 lipica 2006 10:40:03
James Potter coraz częściej i coraz poważniej zastanawiał się nad możliwością spłodzenia potomka.
- Smith przy kafluuu… Uwagaaaa! Strzela! Gooooooool, kolejny punkt!!! Proszę państwa, co za precyzja! Coś mi się wydaje, że Johnson będzie musiał złapać znicza, by wygrać mistrzostwa! Czy…
Donośny głos spikera dudnił Jamesowi w uszach i nie pozwalał się skupić. Chłopak ze zniecierpliwieniem szarpnął za gałkę czarodziejskiego radia i w pokoju wreszcie zaległa cisza. Ułożył się wygodniej na fotelu, przymknął oczy i nadal myślał o swym przyszłym synu.
A co, jeśli to będzie dziewczynka? Jak będzie miała na imię? Zresztą, nie miałby nic przeciwko kolejnej uroczej panience z rudymi lokami… Tylko gdzie dowiedzieć się wszystkiego o wychowywaniu dzieci?
Nagle w jego głowie zrodził się pomysł tak genialny w swej prostocie, że aż westchnął ze zdziwienia.
Odgarnął włosy z czoła i, kolejny raz westchnąwszy, rozejrzał się, czy nikt go nie podgląda.
Z determinacją wypisaną na twarzy, potem występującym na skronie i przygryzionymi do krwi wargami dopadł do szafki, otworzył ją i, wstrzymując oddech, otworzył „Czarownicę”.
W końcu, czy to aż takie dziwne, że podkrada żonie kobiece pisma?
Dałby sobie rękę uciąć, że wiele facetów tak robi, pomyślał, otwierając czasopismo na pierwszej stronie.
- Gdzie jest coś o porodach, gdzie jest coś o porodach… - mruczał do siebie raz po raz, gorączkowo przesuwając palcem w górę i w dół, po spisie treści.
Już, już widział coś na ten temat, był tego absolutnie, niezaprzeczalnie pewien, gdy drzwi pokoju otworzyły się na oścież, oślepiając jego twarz wiązką pomarańczowego światła.
- Cholera!
W mgnieniu oka wetknął gazetę z powrotem do szafki i rzucił się na łóżko, starając się wyglądać na totalnie rozluźnionego.
Uśmiechnął się delikatnie, trzepocząc niewinnie rzęsami i z wolna podniósł wzrok na osobę, która zdołała bardzo poważnie zakłócić jego wewnętrzny spokój.
Lily Potter stanęła w drzwiach, założywszy ręce na piersi i zmierzyła go krytycznym spojrzeniem, kiedy szczerzył się w jej kierunku całym asortymentem swoich mniej lub bardziej białych zębów.
- James, piłeś coś?
Zdecydowanie pokręcił głową, zaprzeczając.
- W takim razie, jak długo byłeś na słońcu?
Wlepił w nią przerażone spojrzenie. Sam nie wiedział, czego się bał, przecież chciał jej tylko coś wyznać! W końcu, ile razy jej coś wyznawał?!
- Odb…
- Odbiło mi – powiedział płaczliwym tonem, wpadając jej w słowo. – Chcę mieć dziecko!
***

- Lily, kiedy dostałaś ten list? – zapytał Dumbledore łagodnie, patrząc na nią spod przymrużonych powiek, zza niewielkich okularów-połówek.
Dziewczyna zerknęła na kopertę, przygryzając wargi. W jej oczach czaiła się niepewność.
- Gdzieś tydzień temu – szepnęła. – Wydaje mi się, że we wtorek.
Na pewno we wtorek – podpowiedział głosik w jej głowie. – Wtedy James powiedział, że chce mieć z tobą dziecko.
Gwałtownie poruszyła się na krześle i wbiła wzrok w sufit, starając się przestać o tym myśleć.
- Mówisz, że po przeczytaniu, list zniknął?
Skinęła głową. Wychodziła z domu, by udać się na Pokątną, bo skończyły jej się zapasy żabiego skrzeku. Nie zdążyła wejść w wąską szczelinę, którą wynalazła specjalnie w celu teleportacji (w pobliżu było mnóstwo mugoli), gdy zobaczyła białą sowę lecącą dokładnie w jej kierunku. Rozejrzała się niespokojnie, czy ktoś to zauważył i pozwoliła, by ta wylądowała na jej ramieniu. Na pierwszy rzut oka zwierzę wyglądało normalnie, choć z pewnością było wyczerpane. Dopiero po chwili zauważyła, że pióra sowy są brudne od sadzy, więc wzięła ją na ręce i ułożyła w klatce Gerdy, podsunąwszy jej pod dziób nieco wody. Jeszcze nigdy nie widziała w żadnych oczach takiego pokładu wdzięczności.
- Lily? – Z zamyślenia wyrwał ją naglący ton Albusa. – Dobrze się czujesz?
- Tak – wymamrotała, rumieniąc się.
Ich rozmowa miała trwać parę minut, a przedłużyła się prawie do dwóch godzin. Mimo dużej ilości czasu i obustronnych starań, jak dotąd nie udało się im dojść do żadnych zadowalających konkluzji związanych z tajemniczą pocztą i ptakiem, który ją przyniósł. A wszystko przez to, że Lily nie zdążyła użyć zaklęcia naznaczenia. Gdy tylko się odwróciła, sowy już nie było.
Dumbledore wstał zza swojego wielkiego biurka i powolnym krokiem ruszył w kierunku okna, by przez chwilę móc podziwiać piękno zachodu słońca na tle hogwarckich błoni.
Atmosfera ostatnich dni była nieco leniwa i przytłaczająca.
- Jeszcze raz, powiedz, co było na tej kartce.
Lily westchnęła, ni to z dezaprobatą, ni ze znużenia.
- Tekst mówił coś o czarnym notesie. W międzyczasie pojawiały się nazwy uroków, nie zdążyłam ich zapamiętać. Na końcu pisało coś o Peterze, ale nie doczytałam tego do końca, bo kartka dawno już zdążyła stanąć w płomieniach. Odskoczyłam, papier upadł na podłogę; gdy się schyliłam, znalazłam tylko garstkę popiołów.
Albus przystanął, drapiąc się po głowie i obrzucił Lily surowym spojrzeniem.
- Czy Peter posiada jakiś czarny notes? – zapytał cicho, marszcząc brwi. – Czy na pewno chodziło o Petera Pettigrew? Jesteś tego pewna?
Lily lekko się wyprostowała, jej dłonie zaczęły drżeć.
- Wydaje mi się, że było tam wymienione jego nazwisko. Czy pan…? – zająknęła się, ocierając czoło rąbkiem szaty. – Czy pan sugeruje…
- Czy sugeruję, że ten chłopak może być powiązany ze śmierciożercami? – wtrącił Dumbledore, nie czekając na jej dalsze słowa. – Owszem, wydaje mi się, że wyraziłem się jasno.
- Ale... – Lily znów zaczęła się jąkać. – To nasz przyjaciel!
- Na razie go nie oskarżam – powiedział z namysłem. – Nie możemy niczego stwierdzić na pewno po jednym podejrzanym liście, natomiast ten notes…
Dziewczyna oblizała nerwowo wargi, rzuciwszy mu spojrzenie pełne niedowierzania.
- Chyba pan o tym nie myśli! – Zawołała.
Dumbledore znowu podrapał się po brodzie i usiadł na swoim miejscu, szukając czegoś w szafce.
- Obawiam się, że to jedyny sposób. Chcesz dropsa?
***

Jadła kolację, gdy przyszedł do domu. Nie udało jej się odpowiednio szybko oddalić i zniknąć za odrapanymi drzwiami swojej sypialni, toteż pozostała w miejscu, zaś on z chytrym uśmieszkiem na twarzy chodził wokół stołu i patrzył na nią szeroko otwartymi, prawie czarnymi oczami, w których czaiły się niebezpieczne ogniki. Jak dla niej, zdecydowanie zbyt niebezpieczne.
Robiło jej się niedobrze, gdy Lestrange zerkał na nią w ten sposób.
- Bella już wróciła? – zagaiła, starając się, by jej głos brzmiał naturalnie.
Jego szata załopotała lekko, gdy za nią stanął, skradając się w jej kierunku niczym cień. Poczuła, jak jego zimne dłonie wplatają się w jej włosy i, najpierw brutalnie, potem pieszczotliwie i delikatnie głaszczą jej kark.
Przymknęła powieki, modląc się, by nie zadrżeć z odrazy.
- Caroline, dobrze wiesz, że moja żona wróci dopiero za kilka tygodni… - wyseplenił wprost do jej ucha, nadal przesuwając rękoma po jej szyi.
Próbowała się wyrwać, ze strachem patrząc na swoje włosy, które przytknął chciwie do twarzy. Pomyślała, że wyglądają wstrętnie w jego opalonych dłoniach.
- Idę spać, jestem bardzo zmęczona – wyjąkała z trudem, udając, że ziewa.
Krzyknęła z zaskoczenia, kiedy brutalnie szarpnął ją za ramię, niczym bezbronną, szmacianą lalkę.
- Puść mnie – wysyczała, wyzywająco spoglądając mu w oczy, choć nie miała przy sobie różdżki. – Co zrobi Bellatrix, gdy się dowie, co robisz ze swoimi współlokatorkami?
Zmarszczył brwi, chwilę się nad tym zastanawiając, po czym uśmiechnął się diabolicznie i długim paznokciem przejechał po jej bladym, chudym policzku.
- Zabije cię. Czyż to nie optymistyczna perspektywa, kwiatuszku?
***

Pociąg wjechał na stację pięć minut temu, a Scott jeszcze nie raczył się pojawić.
Doris, w duchu klnąc na czym świat stoi, grzecznie stała przy wejściu do wagonu, co jakiś czas poprawiając spoczywający na jej głowie popielaty berecik.
Przebierała nerwowo nogami, co chwila rozglądając się dookoła; doznawała nieprzyjemnego wrażenia, że, wraz z każdą mijającą sekundą, ciśnienie w jej krwi niebezpiecznie wzrasta.
By umilić sobie gorzkie chwile oczekiwania, uśmiechnęła się słodko do kilku panów, którzy, ku jej nieskrywanemu zadowoleniu, odwzajemnili jej zainteresowanie; a czasem nawet wciskali w jej pulchną łapkę jakieś dziwne karteczki z cyferkami, o których nic nie wiedziała i wiedzieć nie chciała…
W międzyczasie wyrzucała sobie, że próbowała namówić Scotta na pełną romantycznych przeżyć i wzruszeń podróż tradycyjną koleją, w której mogliby kochać się bez opamiętania dzień i noc, i nikt by im nie przeszkodził, bo mieliby przy sobie różdżki.
Potrząsnęła smutno lokami i wdrapała się na pierwszy schodek prowadzący do wagonu, z coraz mniejszą nadzieją na to, że jej ukochany zjawi się z wyciągniętym w jej kierunku bukietem czerwonych róż, padając jej do stóp i przepraszając za owe drobne spóźnienie, którego przez przypadek była świadkiem. O, tak, wtedy powiedziałaby mu, że się nie gniewa.
Zerknęła na zegarek i z żalem stwierdziła, że zostało mu pół minuty. Wdrapała się na kolejne dwa schodki.
Przy ostatniej sekundzie, nie mogła powstrzymać się od płaczu.
Pociąg ruszył. Niespiesznie weszła na korytarz, niedbale postawiła koło siebie walizki i głośno pociągnęła nosem.
Przystojny brunet, na oko po trzydziestce, wyjrzał z przedziału obok i obrzucił ją pełnym współczucia spojrzeniem.
- Coś się stało? – zapytał niskim barytonem.
Zamarła, przestając szlochać.
- Może mi pan jakoś pomóc? – wyszeptała z nadzieją.
Kiwnął głową i zamknął za sobą drzwiczki, oddzielając ich od reszty świata.
- Niech mnie pan przytuli!
***

Miała do wyboru dwa wyjścia: zostać u Lily i Jamesa, albo wynieść się na drugi koniec świata i nie wracać, tym razem już na dobre.
Kate siedziała na komodzie, głęboko zamyślona. Nagimi piętami uderzała o drewno, słuchając starego, dobrego jazzu. Nie wiedziała, czy ma zaryzykować i zostać, dołączając do grona Dumbledora, czy wybrać łatwiejsze i mniej skomplikowane wyjście…
Już raz wybrała taką drogę. Uciekła, odcinając się od starych przyjaciół, a i tak, w efekcie, znów do nich powróciła.
- Czy ciągłe wycofywanie się ma sens, Kate? – powiedziała do siebie głośno.
Odchyliła głowę mocno do tyłu i wpatrywała się w poszarzały sufit. Muzyka wirowała dookoła i wypełniała ją od wewnątrz, napełniając jej ciało siłą.
Minęło kilka chwil, zanim była całkowicie pewna tego, czego chce.
- Nie – odpowiedziała samej sobie. – Odwrót, to zwykłe tchórzostwo, panno Joy.
***

Jego ręka drżała z przejęcia, gdy maczał pióro w czarnym jak smoła atramencie i wypełniał puste karty swojego czarnego, zabezpieczonego ciemnymi mocami dziennika.
Peter Pettigrew, pod osłoną ciemności, w mrocznym salonie, w bezksiężycową noc, wytrwale pisał sprawozdania dla swojego pana i władcy, pocieszyciela i mistrza. Tylko on potrafił zrozumieć jego potrzeby i pragnienia, tylko on dawał mu nadzieję na przyszłość i na zemstę…
Coś poruszyło się za jego plecami. Zacisnął dłoń na notesie, nadstawiając uszu, a gdy nie usłyszał już niczego więcej, przytknął jarzący się nikłym światłem koniec różdżki z powrotem do papieru i z pełnym zadowolenia chichotem kontynuował swe dzieło. Napawał się myślą, że plan zniszczenia stawał się bardziej realny, prawie namacalny, a to wszystko dzięki niemu!
Noc po nocy, dzień po dniu…

By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [33]

...Niekoniecznie trzeba mieć nastrój... >> wtorek, 20 czerwca 2006 14:24:36
Sinawe smugi dymu apatycznie unosiły się nad brukiem londyńskiej uliczki, gdy postać ubrana w czarny, długi płaszcz leniwym krokiem zmierzała w kierunku niskiego człowieczka, trzymającego w ręku czarny notatnik oprawiony w smoczą skórę. Ów niski człowiek, gdyby nie jego ostre spojrzenie i spiczasty podbródek, z powodzeniem mógłby udawać dziecko, jednak teraz miał do wykonania o wiele poważniejsze i wymagające zaiste mrocznej profesji zadanie.
- Masz? – warknęła kobieta ukrywająca się pod kapturem.
Wyciągnęła w kierunku mężczyzny bladą, poznaczoną fioletowymi żyłkami dłoń i wzięła do ręki książeczkę, odsłaniając żółte zęby w diabolicznym uśmiechu.
- Dbaj o to – powiedział, nieznacznie wykrzywiając twarz.
Wyglądał jak ktoś, komu odbiera się największy skarb.
Kobieta wolno skinęła głową, wkładając notatnik do małego woreczka. Ręce drżały jej od ledwo tłumionego podniecenia. Wreszcie schowała zawiniątko pod poły płaszcza i zdecydowanym ruchem wyciągnęła różdżkę, celując nią w pierś mężczyzny.
- Jedno słowo, komukolwiek, a pożałujesz.
Udał, że tego nie słyszał i wyciągnął rękę, do której włożyła mu pełną galeonów sakiewkę.
- Ile ich jeszcze wykonać? – mruknął, jednocześnie próbując określić, ile dostał pieniędzy.
Obrzuciła go nieufnym spojrzeniem.
- Dwa – powiedziała z pogardą. – Po pierwszy przyjdę za miesiąc. Będziesz miał dość czasu.
Mężczyzna podrapał się po nosie i lekko się obrócił, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu.
- Ze stronnicami nasiąkniętymi trucizną? Z urokami? – zapytał spokojnie.
- Jeden ma być zwykły. Tyle tylko, że oprawiony w smoczą skórę. Drugi, z czym tylko się da.
Wisząca na mężczyźnie szata załopotała lekko, gdy zaniósł się cichym, złym śmiechem.
- Wasza pajęczynka się rozrasta, a ty chcesz, by ktoś was przyłapał – powiedział, nadal chichocząc. – Po czyjej jesteś stronie, najdroższa Caroline?
W tej samej sekundzie zawisł w powietrzu, a jej biała ręka zacisnęła się na jego chudej szyi niczym imadło.
- Kolejna podobna insynuacja, Terry, a obiecuję, że zjedzą cię robale. Szybciej niż myślisz – syknęła złowrogo, po czym wzmocniła uścisk i pozwoliła, by bezładnie opadł na posadzkę, krztusząc się i charcząc.
Niedbałym ruchem poprawiła zsuwający się z głowy kaptur, znikając za rogiem.
***

- Czemu się nie odzywałaś? - zapytała cicho Lily.
Kręciła się po salonie, co jakiś czas rzucając w przestrzeń ciche przekleństwa. Nie mogła poradzić sobie z nadmiarem uczuć, które eksplodowały w niej, gdy tylko rozpoznała Kate. To było jak wędrówka wstecz; przeszłość powróciła, brutalnie wdzierając się w teraźniejszość.
- Czemu się nie odzywałaś? – zapytała Lily nieco głośniej.
Kate, która siedziała na wyczarowanym przez panią Potter krześle, w dalszym ciągu zaciskała usta i wpatrywała się w stojący za oknem mur.
- Możesz wreszcie się odezwać? – pisnęła Lily, a na jej twarz wypłynęły ciemnoczerwone rumieńce. – Przyszłaś tu jak gdyby nigdy nic, a teraz milczysz? Równie dobrze możesz wyjść.
Dziewczyna wreszcie się poruszyła. Spuściła głowę i zaczęła bawić się paskiem swej podróżnej torby.
- Powiedz coś!
Cisza, jaka zapanowała po tych słowach nie mogła równać się z najgorszym hałasem, tak była bolesna i przenikliwa.
Lily zastygła, wpatrując się z niedowierzaniem w Kate.
- Możesz mi wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi? Przyszłaś sobie trochę mnie pomęczyć, tak? To takie przyjemne, przyjść do byłej przyjaciółki, która nigdy nie była twoją przyjaciółką i po prostu rozsiąść się na krzesełku, nic nie mówiąc, bo przecież można sobie pomilczeć, posiedzieć, popatrzeć na murek za okienkiem i nie robić nic, prócz wymienionego siedzenia i drapania się po tyłku!
Do pokoju wszedł James, ze zdziwieniem spoglądając na miotającą się przy kominku żonę. W ręku niósł tacę z zastawą do popołudniowej herbatki; spod pokrywy dzbanka unosiła się biała para.
- Możesz wyczarować stolik, kochanie? – Zwrócił się do Lily, znacząco unosząc brwi.
- Tak, tak – mruknęła, z roztargnieniem wyciągnąwszy różdżkę.
James ułożył filiżanki na dębowym, brzydkim stoliku, gdy tymczasem jego żona wyczarowała dla nich krzesła. Usiadła, dłońmi pocierając twarz i szybko założyła nogę na nogę, nerwowo podskakując. Chłopak rzucił jej kolejne zdziwione spojrzenie, po czym z uśmiechem nalał herbaty do filiżanki panny Joy.
- Co cię tu sprowadza? – zapytał łagodnym tonem.
- Och, James, czy ty robisz za gospodynię? – Fuknęła Lily, czerwieniejąc jeszcze bardziej. Mocno potarła powieki, jakby chciała obudzić się ze złego snu. – Przynieś jeszcze łyżeczki – burknęła.
- Wiesz, to… dobry pomysł. Zostawiam was na chwilę.
Wstał, krzywo uśmiechając się do żony i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.
- I co masz mi do powiedzenia?
- Nie wiem… Nie wiem, od czego zacząć – powiedziała Kate, znów spoglądając za okno.
Lily zaśmiała się głośno, nieszczerze.
- Zabawne, bo ja również nie wiem, co mam ci powiedzieć.
Wzięła do ręki filiżankę i w pozornym skupieniu oglądała jej fakturę i wykonanie. Porcelana lekko się zniszczyła, gdy z mocą odstawiła naczynie na podstawkę.
- Nie wytrzymam ani sekundy dłużej – powiedziała.
- Przepraszam.
Wypowiedziane cichym szeptem słowo ledwo dotarło do jej świadomości. Czy Kate naprawdę powiedziała „przepraszam”?
- To jakiś głupi żart, prawda? – zapytała Lily, poprawiając włosy. – To musi być jakiś głupi żart! Po prostu chcecie się mną pobawić, dać nauczkę i doprowadzić do tego, żebym postradała zmysły. Przyznaj się! Jesteś śmierciożerczynią i chcesz wpuścić mnie w maliny!
- Nie gadaj bzdur!
Tym razem to Kate puściły nerwy. Wpatrywała się w Lily szeroko otwartymi oczami.
- Przyszłam, bo nie mam nikogo bliższego od ciebie.
- A twoja matka?
- Umarła.
- Przykro mi – stwierdziła Lily sucho.
Były jak dwie obce osoby, między którymi nie było żadnej nici porozumienia.
- Przyniosłem jeszcze krakersy! – zawołał James od progu.
Gdy spojrzał na ich miny, uśmiech zamarł mu na ustach. Po chwili wyszedł, trzaskając drzwiami, a one znów zostały same…
***

Ostatnie promienie słońca wdarły się do pokoju i nagle zniknęły, rozpływając się w nicości. Syriusz przewrócił się na plecy i wbił nieprzytomny wzrok w sufit. Czuł się jak w letargu. Jego złe samopoczucie zaczynało być deprymująco niepokojące, a choć wiedział, że James chętnie by mu pomógł, nie potrafił zdobyć się na odwagę i o cokolwiek go poprosić.
Duma. To ona powstrzymywała go przed zwierzeniami, zasięgnięciem rady… Była głównym powodem jego rozterek i złego nastroju. Zdawał sobie sprawę, że sam nie da sobie rady, bo po prostu… Nie umie. Nie jest na tyle silny i roztropny, by bez przeszkód wyjść z uczuciowych tarapatów. Zwłaszcza, że ona stała się bezwartościową rośliną, a on czuł gorzki smak winy.
Prawda była tylko jedna. Udało mu się o niej zapomnieć. Sara Cover zniknęła z jego życia prawie tak samo gwałtownie, jak się w nie wdarła. Wiedział, że nie był gotowy na związek. Zresztą, nigdy za bardzo nie zależało mu na kobietach. Oprócz tych chwil, oczywiście, gdy był zakochany, a to zdarzyło mu się raz, może dwa, tak naprawdę. Wolał być samotnikiem, sam znosić trudy i robić to, na co ma ochotę. Kobieta zawsze komplikuje sprawy, zabrania, wypytuje i ogranicza wolność mężczyzny. A czego on pragnął najbardziej na świecie? Uśmiechnął się krzywo. Wolności.
Gdy jego wzrok padł na list leżący koło łóżka, coś przewróciło mu się w środku. Akurat w Sarze był zakochany; zaryzykowałby stwierdzenie, że szaleńczo. W pewnym momencie chciał nawet prosić ją o rękę, ale nic z tego nie wyszło. Zrezygnował, gdy Remus zaczął mieć w stosunku do niej jakieś nieuzasadnione, wtedy tak myślał, obiekcje. Lupin zawzięcie chciał dowieść, że Sara związana jest z ciemnymi mocami i posiada kontakty ze śmierciożercami. W końcu nie wytrzymała, gdy zdemaskował ją przy wszystkich. Fakty przemawiały przeciw niej. To wtedy on, Syriusz Black, nie mógł w to wszystko uwierzyć i bezczynnie patrzył, jak oddala się w ciemną noc. Nie pobiegł za nią nawet wtedy, gdy zaczął padać deszcz. Musiał ochłonąć?
Tak, chyba zawsze był buntownikiem. Zaśmiał się na samo wspomnienie ucieczki z domu, na wspomnienie tych wszystkich kłótni z nauczycielami, jeszcze w Hogwarcie. I wtedy też się zbuntował. Myślał o tym, że go zdradziła, że był niepoprawnym głupcem, by zadurzyć się w Ślizgonce. Po części miał rację, ale… Serce nie wybiera.
Kwestią, która męczyła go do tej pory, musiał zająć się dogłębniej. Przyczyna jego poczucia winy nie leżała tylko w tym, że nie wybiegł za nią tej nocy, nie zatrzymał jej i nie zapytał, jak ma się rzecz naprawdę. Wyrzucał sobie, że nie obronił jej przed tym strasznym losem, przed losem rośliny w objęciach dementora. Coś w środku podpowiadało mu, że nic by nie zmienił, nie zdołałby jej przed tym uchronić, a nawet gdyby, sam wpakowałby się w niezłe bagno.
Oszukiwałby się okrutnie, gdyby utrzymywał, że nie cierpiał. Cierpiał, tak. Nie wierzył, że może być aż tak zepsuta, do szpiku kości. A jednak była. Gdy dowiedział się, że znajduje się w Azkabanie, przez chwilę odczuwał z tego powodu niekłamaną satysfakcję. Oszukiwała go, rozkochała w sobie, myślał, a teraz ma za swoje. Jego tryumf, mimo wszystko, nie był do końca szczery.
Dopiero po kilku miesiącach od jej śmierci dostał powiadomienie. Było za późno. Sara Cover, dziewczyna, która rozpaliła jego serce, nie żyła od dawna. Gorączkowo szukał winnego, obwiniając tym samym siebie. I tak zaczął się od wszystkich oddalać; Doris z niego drwiła, naumyślnie wykrzykiwała, że nie chce być taka jak on, marudna i niedostępna… Widocznie chciała, by się nad tym zastanowił, pomyślał nad swoim zachowaniem, ale on nie chciał. Zamknął się w skorupie.
I tak teraz leżał, w tym pokoju, w mroku, a po policzkach spływały mu łzy. On jest winny, bo tylko on ponosi za to odpowiedzialność. On jest winny jej śmierci.
Szkoda, że nie pomyślał o tym, że może sama sobie zaszkodziła i sama poniosła odpowiedzialność za swoje własne czyny, tylko jej, nikogo innego. Może pomogłaby mu świadomość, że to w niej leżał problem...
Całą siłą woli powstrzymał się, by nie sięgnąć po leżącą pod łóżkiem Krwawą Mary.
***

Wyraźnie nie miała nastroju na poważne rozmowy, ale Lily chciała wiedzieć wszystko, co do słowa. Emocje częściowo opadły i miały szansę porozmawiać na spokojnie, bez zbędnych komentarzy i zaczepek.
- Skoro… uciekłaś do matki… – zaczęła Lily niepewnie, spuszczając wzrok. – Czemu nie wysłałaś sowy, nie przyjechałaś na ślub? Gerda szukała cię chyba przez tydzień... Wróciła bez listu, musiałaś go dostać.
Kate kiwnęła głową, wyglądając na zakłopotaną.
- Nie wiedziałam, jak zareagujecie… na moją obecność – szepnęła.
Lily potarła dłonią twarz i z uśmiechem spojrzała na dziewczynę, która znów zapatrzyła się w krajobraz za oknem.
- Czekałam na ciebie – oświadczyła, z pobrzmiewającą w tle nutką ironii. Kate niespokojnie poruszyła się na siedzeniu. – Doris ciągle cię wypatrywała. I co? Kompletnie mnie olałaś i, oczywiście, nie masz na to żadnego usprawiedliwienia.
- Nie mam – powiedziała Kate.
Lily kiwnęła głową, a kąciki jej ust zadrgały lekko.
- Przychodzisz do mnie, kiedy jestem ci potrzebna, Kate. W gruncie rzeczy nie pozwalasz mi do siebie dotrzeć, ale gdy jest ci bardzo, bardzo źle, tłumaczysz się tym, że jestem ci bliska i, no tak, nikogo prócz mnie nie masz.
- To nie tak – szepnęła Kate.
- A jak? Czy łaskawie możesz mi to wytłumaczyć? Chociaż raz w życiu możesz powiedzieć mi normalnie, o co ci chodzi? Kiedyś to umiałaś, czemu teraz nie potrafisz?
Kate spojrzała na nią ze łzami w oczach i gwałtownie pokręciła głową. Kosmyki włosów przykleiły jej się do, teraz już mokrej od łez twarzy.
- Nie chciałam, żeby tak wyszło… Po prostu to wszystko mnie przerosło… Te napady, ta wszechobecna śmierć…
- Ale to w tej chwili część naszego życia i codzienności. Może dożyjemy chwili, kiedy to wszystko wreszcie się skończy. Teraz nie mamy innego wyjścia, musimy się z tym pogodzić.
- Ja nie mogę – chlipnęła Joy, ocierając nos rękawem szaty. – Po prostu nie mogę.
Lily popatrzyła na nią dziwnie i odwróciła się do niej plecami. Nie chciała widzieć, jak płacze.
- Chyba widzisz, że nasza przyjaźń, o ile kiedykolwiek istniała, już się skończyła. Stałyśmy się obcymi sobie kobietami, choć pamięć o tamtych czasach, gdy kochałyśmy się jak... siostry, pozostanie w nas do końca życia – powiedziała, choć głos lekko jej drżał. – Przygotuję ci pokój gościnny, możesz zostać u nas do czasu przeprowadzki.
- Przeprowadzki? – zapytała Joy, marszcząc brwi.
Bezskutecznie ocierała łzy, które nadal wypływały z kącików jej oczu.
- Przeprowadzamy się z Jamesem, co jakiś czas, by uniknąć ataku śmierciożerców. Chcemy, by zgubili nasz trop. Później wymyślimy coś innego – wyjaśniła Lily i, skierowawszy się w kierunku stolika, zebrała zastawę i poszła do kuchni.
***

W Proroku wciąż pisali o jednym i tym samym. Znudzona Doris rzuciła gazetę na stolik i przeciągnęła się leniwie, głośno ziewając.
- Uważaj, bo mnie zjesz – powiedział Scott ze śmiechem.
Usiadł koło niej i podciągnął pod siebie nogi, biorąc do ręki odrzuconą przez dziewczynę gazetę.
Zerknęła na niego pełnym dezaprobaty spojrzeniem i lekko, niemal pieszczotliwie uszczypnęła go w nogę.
- Kiedy wyjeżdżamy? – zapytała od niechcenia, choć tak naprawdę nie mogła doczekać się odpowiedzi.
Odwrócił wzrok od gazety i podrapał się po głowie. Wyglądał na zaskoczonego.
- Ustaliliśmy, że za jakiś czas…
- Tak, tak – rzuciła ze zniecierpliwieniem. – Ale ja tak sobie pomyślałam, że możemy to trochę przyspieszyć – Przysunęła się do niego i jedną ręką oplotła jego szyję, przyciskając policzek do jego ramienia. – Tu jest nieco… nudno, nie uważasz?
Zamyślił się.
- Przy tobie nigdy nie jest nudno – odpowiedział w końcu, uśmiechnąwszy się.
Dała mu kuksańca w bok.
- To dlatego, że jestem taka niezwykła? – zapytała niewinnie.
Kiwnął głową.
- W takim razie, kiedy?
- Kiedy chcesz…
Nie kontynuowali rozmowy - Doris znów się na niego rzuciła.
Był taki słodki!
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [36]

...Kiedy teraźniejszość miesza się z przeszłością... >> sobota, 10 czerwca 2006 23:00:58
Koło barku, w tłumie gości, odizolowany od otoczenia niewidzialną barierą, Syriusz Black uparcie wpatrywał się w swe ciemnobrązowe buty, wychylając jednego drinka za drugim. Nie obchodziło go, że tak naprawdę wszyscy dostali tylko po jednym kieliszku szampana, wyłącznie dla uczczenia historycznej chwili. Zatopiony w swoim świecie, pił szybciej i więcej niż Mundugus Fletcher. Co jakiś czas jego wzrok błądził po znajomych twarzach, czego wynikiem, za każdym razem, była cisnąca się na usta fala niezrozumiałego bełkotu. Jednym słowem, był nawalony w sztok.
Nie rozumiał, co się do niego mówi i nie odpowiadał na pytania, uchodząc za kompletnie zdziwaczałego przedstawiciela czystej krwi rodu Blacków, którym, jak na ironię losu, był i bez tego. Może to jego krew wpłynęła na fakt, iż mimo wlanych w siebie wcześniej hektolitrów alkoholu, trzymał się w miarę prosto, swoim zachowaniem nie wywołując ogólnego niesmaku i zażenowania.
Wkrótce, kiedy każdy doszczętnie stracił zainteresowanie jego osobą, osunął się na posadzkę i, trzymając w ręku butelkę, cicho załkał, ukrywając twarz w dłoniach.
Nadszedł czas, by wszyscy zobaczyli jego cierpienie i skruchę, że pozwolił jej wyjść tamtego wieczora, że nigdy nie spytał jej, jak było naprawdę.
Przez chwilę ją widział, widział ją wyraźnie. Tak… Mysie, długie włosy, umazane farbą dłonie…
Jęknął, gdy ktoś wziął go za ramię i brutalnie postawił na nogi.
- Ale, Sara… - wybełkotał, czując na twarzy mocny, chłodny podmuch wiatru.

- Co z nim zrobimy?
Drzewa poruszyły się lekko, szumiąc w oddali. Na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy, a temperatura z każdą minutą malała, ustępując miejsca tajemniczej aurze nocy.
- Nie wiem. Jest kompletnie pijany.
- James, ale jak go przeniesiemy? - Lekko podenerwowany głos Petera rozniósł się po zatopionej w ciemnościach ulicy. – Śpi jak zabity.
Jakby na potwierdzenie jego słów, leżący na niewidzialnych noszach Black donośnie zachrapał, przekręcając się na drugi bok.
- Przecież widzę – syknął James, przeczesując dłonią włosy. – Nie ma mowy, byśmy zanieśli go z powrotem, to nie wchodzi w rachubę, a z drugiej strony jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwo.
- Niebezpieczeństwo? – pisnął Pettigrew, niepewnie rozglądając się dookoła.
- Śmierciożercy mają swoje sposoby, by nas wszystkich dopaść. W najmniej oczekiwanych momentach – burknął tamten, zerkając w stronę mugolskiego domu, w którym odbywało się przyjęcie na cześć oficjalnie założonego przez Dumbledora Zakonu Feniksa.
Peter otworzył swój czarny notes; przez chwilę ciszę przerywały tylko lekkie skrzypnięcia pióra błądzącego po papierze.
James, wiercąc się w miejscu, zmarszczył brwi i podejrzliwie łypnął na towarzysza. Powoli zaczynał trząść się z zimna.
- Co tam piszesz? – spytał ostro, przybliżając się do chłopaka.
Pettigrew ze zdumiewającym jak na niego refleksem schował za siebie książeczkę i zrobił się czerwony jak burak.
- Nic – wybąkał.
Odetchnął z ulgą, gdy coś zgrzytnęło, a po chwili ruda czupryna wyłoniła się zza okiennej framugi, odwracając od niego uwagę Jamesa.
- Chyba czas się zbierać, nie? – zawołała cicho Lily, podbródkiem wskazując na uśpionego Łapę.
***

Doris niepewnie poprawiła ramiączko torebki, które chwilę temu ześlizgnęło jej się z ramienia i zerknęła w kierunku ekspedientki, nadal niezdecydowana. Kobieta zaczęła obsługiwać inną klientkę, a ona wciąż stała przed półkami, tak bosko wypchanymi towarem, i nie wiedziała, co począć.
Chwilę później wyszła na zewnątrz, szybkim krokiem zmierzając w kierunku Tamizy. Stanęła na pobliskim mostku i z westchnieniem wpatrzyła się w wodę, spokojnie płynącą do celu swej podróży, jak wytrawny podróżnik po długoletnich przygotowaniach.
- Niech to szlag – wyrwało jej się, gdy niechcący umorusała nowiuteńką kurtkę.
Szybko zaczęła wycierać błoto i brud jedwabną chusteczką, ale plama ani trochę nie schodziła. Wręcz przeciwnie – wcierała się w materiał jeszcze bardziej, w efekcie pozostawiając znikome szanse na jej doczyszczenie.
Dziewczyna zaprzestała starań, nieco przygnębiona. Ostatnimi czasy bardzo często zdarzało jej się, że zamiast cieszyć się życiem i aż chodzić od ledwo tłumionej energii i optymizmu, wpadała w melancholijny nastrój i zachowywała się podobnie do Syriusza, którego powoli nie mogła już znieść.
Stwierdziwszy, że jej kurtka nadaje się tylko i wyłącznie do wyrzucenia, znów podparła się o barierkę na, bądź co bądź, niepowtarzalnym mostku nad londyńską rzeką i zapatrzyła się w jej nurt.
Dalej płynął i płynął swym nieprzerwanym rytmem, by w końcu zginąć w otmętach oceanu.
Jej wzrok spoczął na wielkiej mugolskiej rodzince, rozłożonej tuż obok koryta Tamizy na małym kocyku. Obok nich walały się czyste kartki papieru…

Gdy patrzył na nią Scott, wszystkie pytania zdawały się mieć sens, a każda odpowiedź była wystarczająca. Przy nim nie czuła się głupia i niedowartościowana, tak jak wiele razy zdarzało jej się czuć przed innymi przedstawicielami płci męskiej. Pierwszy raz od dłuższego czasu czuła się przy kimś sobą, a to znaczyło dla niej naprawdę wiele, choć za nic nie chciała się do tego przyznać nawet sama przed sobą.
- O czym myślisz?
Pytanie, które wiele razy spędzało jej sen z powiek, teraz nie wywołało w niej żadnej reakcji, oprócz leniwego uśmiechu.
- O tobie – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Pogładził ją po lokach i niedbale podciągnął kołdrę pod którą leżeli, ratując ją przed rychłym upadkiem na podłogę.
- A ty? – Zapytała po chwili Doris, dmuchając na kosmyk, który opadł jej na twarz.
- O tym, co się teraz dzieje, o czym pisali w Proroku…
Zmarszczyła nos, zamykając oczy.
- W takiej chwili? – Fuknęła z udawanym oburzeniem.
Wolno kiwnął głową, biorąc jej dłoń w swoją.
- Myślałaś kiedyś o tym, żeby się stąd wyrwać, Doris?
Odwróciła się w jego kierunku, zdziwiona.
- Oczywiście, nie raz.
- A co byś powiedziała na to, gdybyśmy, powiedzmy, oddalili się stąd na jakiś czas?

Mała, może dwuletnia dziewczynka, wzięła do rączki kartkę i niezdarnie zaczęła układać z niej coś na kształt papierowego statku. Doris poruszyła się, lekko zaciekawiona. Gdy dziewczynka nie mogła sobie poradzić, niski, korpulentny mężczyzna, prawdopodobnie jej tato, wziął od niej papier i w mig poprawił jej małą łódkę, wziąwszy dziecko na ręce. Doris uśmiechnęła się do siebie, gdy wspólnie wypuścili stateczek na wodę. Chwilę płynął pod prąd, później zaczepił się o długą gałąź i na sekundę został w miejscu. Wkrótce płynął wraz z nurtem, ku przeznaczeniu, częściowo pokierowany przez roślinę.
Czasem bywa, że kiedy człowiek błąka się i nie wie gdzie iść, miota się bezładnie, praktycznie pozostając w miejscu - jak ten stateczek płynący pod prąd… Może to jest tak, że potrzeba mu kogoś lub czegoś, jakiejś przeszkody, człowieka, przyczyny lub zdarzenia, by zrozumieć, że trzeba podążać tam, gdzie dyktuje serce?
Doris wyprostowała się i jeszcze raz spojrzała na rodzinę, teraz już wspólnie puszczającą statki na wodę.
Czy nie tego chce? Czy nie chce wyjechać, odgrodzić się od tego wszystkiego w bezpiecznym miejscu i po prostu cieszyć się życiem?
Egoistyczne, czy nie, to było jej pragnienie; jej i jego, Scotta. Nie należała do osób, które boją się walczyć o własne szczęście.
Ruszyła w kierunku sklepu, nagle znowu pewna swego i totalnie na wszystko zdecydowana.
***

Obudził się z potwornym bólem głowy i niesamowitym, wręcz palącym pragnieniem. Przewrócił się gwałtownie na bok, ręką szukając swojej nocnej szafki, lecz gdy jego dłoń natrafiła na czyjeś włosy, a później i twarz, w mgnieniu oka zerwał się na równe nogi.
- Mój Boże! – wykrzyknął, przecierając oczy.
Widział przed sobą ozdobione srebrem, jadowicie zielone ściany i aż zamrugał ze zdziwienia, gdy spojrzał na leżących u jego stóp, na materacu, Lily i Jamesa.
- Dobry, Łapo – mruknął Potter, przeciągnąwszy się. – Jak się spało?
- Nie krzycz, błagam.
Syriusz zasłonił sobie uszy, krzywiąc się z bólu; okropnie huczało mu w głowie.
- Zaraz przyniosę ci coś na tego kaca… – powiedziała cicho Lily i niechętnie wygrzebała się spod kołdry, wychodząc na poszukiwania antidotum.
James, oparłszy się na łokciu, uważnie przyglądał się przyjacielowi, gdy ten miotał się po pokoju, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.
- Dlaczego wczoraj się tak upiłeś? – Szepnął James, specjalnie zniżając głos, nie chcąc narażać syriuszowych bębenków na tortury.
- Wcale się nie upiłem – burknął chłopak, nerwowo pocierając dłonią o dłoń.
- Kłamiesz.
Jedno słowo przecięło ciszę jak batog i zburzyło pozorny spokój Syriusza.
- Daj mi spokój – warknął, mijając w drzwiach zdziwioną Lily.

Z westchnieniem opadła na krzesło, wpatrując się w plecy krzątającego się przy zlewie męża.
- Wiesz, chyba nie zrozumiałam jego przesłania – mruknęła, upijając duży łyk kawy. – To znaczy, w końcu nie wiem, czym się tak martwi.
James zamrugał, leniwie pocierając oczy. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, błagając o uczesanie.
- Nic mi nie powiedział – odparł po chwili, założywszy okulary.
Lily zacmokała cicho, pochylając tułów do przodu i wzięła kubek w obie dłonie.
- Wydusisz to z niego, choćby siłą… Tak dalej być nie może.
***

Energicznie wdrapała się na schody, głupio się do siebie uśmiechając. Była piekielnie zadowolona z odkrycia dokonanego nad rzeką i chciała się z nim podzielić z całym światem, a przede wszystkim ze Scottem. Teraz była wolna jak ptak i mogła robić, co tylko chciała, bez żadnych zobowiązań.
- Scott! – Zawołała donośnie, postawiwszy stopę na ostatnim schodku. – Scott!
Jego głowa wychyliła się ostrożnie zza drzwi; niebieskie oczy spoczęły na Doris, która miała dziwne wrażenie, że odetchnął z ulgą, widząc, że ona to ona - Doris, nie kto inny. Bezceremonialnie wepchnął ją do środka i zerknął przez wizjer na korytarz, uciszając ją skinięciem dłoni.
- Co się dzieje?
Ściągnęła płaszcz, zawieszając go na kołku przy drzwiach i zwróciła się w jego kierunku z naburmuszoną miną.
- Scott, kotku! Otwórz, proszę! – Z zewnątrz dobiegł ich słodki, dziewczęcy głos.
Doris zmrużyła oczy, odpychając chłopaka od drzwi i ostrożnie zbliżyła oko do wizjera, zaciskając zęby.
- Co tu robi ta lalunia, Scott?
- Nie wiem… - odpowiedział, nie do końca szczerze.
Odwróciła się od drzwi, nadal ze zmrużonymi oczyma.
- Musisz ją znać. Kto to jest?
- Maria – wyjąkał.
Doris skrzyżowała ręce, uważnie się w niego wpatrując.
- Maria? – spytała przeciągle, uśmiechając się nieco ironicznie.
Zadarła głowę, patrząc na wystraszonego, o stopę od niej wyższego chłopaka, który nagle jakby się w sobie skulił.
- Maria – wydukał.
Przewróciła oczami, nadal się uśmiechając. Sytuacja stawała się odrobinę komiczna, zważywszy na okrzyki dziewczyny, która nie chciała dać za wygraną, mimo wyraźnego braku zainteresowania jej osobą.
- Daj mi prześcieradło – powiedziała Doris z westchnieniem, szperając w torebce.
Wyciągnęła szminkę i grubo posmarowała nią usta, burząc przy tym loki. Odbicie w lustrze, jak zwykle, uśmiechnęło się do niej łobuzersko i puściło oczko, przy okazji ostentacyjnie pokazując, że jest cicho. Gdy Scott wrócił z prześcieradłem, rozebrała się do bielizny i okryła się posłaniem, namiętnie pocałowawszy chłopaka, tylko po to, by szminka rozmazała się na jej twarzy w odpowiedni sposób, po czym otworzyła drzwi i oparła się całym ciałem o framugę, leniwie unosząc prawą rękę i lewą brew.
- Czego chcesz, złotko? – spytała seksownie zachrypniętym głosem.
Dziewczyna zamrugała inteligentnie, mierząc Doris od stóp do głów i odeszła bez słowa, z żałośnie spuszczoną głową.
- I tak to się robi, chłopie – oświadczyła Doris, z hukiem zamykając za sobą drzwi.
Scott spojrzał na nią z uwielbieniem.
Jakby tego nie zauważając, prychnęła i pozbierała swoje rzeczy, niezdarnie przytrzymując prześcieradło.
- Ze mną też się kiedyś tak rozprawisz? Ile miałeś podobnych dziewczyn, do cholery? – mruknęła, bardzo niezadowolona.
Pytania czysto retoryczne, chyba nie zmusiły go do zastanowienia.
- Przecież nie liczyłem – burknął w odpowiedzi, przeczesując dłonią włosy.
Obdarzyła go iście bazyliszkowatym wzrokiem, wydąwszy wargi.
- Przemyślałam kwestię naszego wyjazdu.
Z godnością podreptała do salonu, rzucając odzież na oparcie najbliższego fotela.
- Stwierdziłam, że to nie jest taki zły pomysł…
Uśmiechnął się i chciał wziąć ją na ręce, ale bezceremonialnie mu się wyrwała i przejęła inicjatywę, rzucając się na niego niczym spragniony krwi zwierz.
Bo wręcz kocha ratować mężczyzn z opresji…
***

Kate stanęła przed różowym budynkiem, niepewnie zagryzając dolną wargę. Nie wiedziała, czy się wycofać, czy iść i zapukać do drzwi jak gdyby nigdy nic, narażając się na pełne wyrzutu spojrzenia.
Przestąpiła z nogi na nogę, postawiwszy walizkę na betonowym chodniku. Miała stuprocentową pewność, że znajdzie ich w domu… Chwilę wcześniej widziała Syriusza. Nie poznał jej i wyminął bez słowa, mrucząc coś pod nosem; wyglądał na wściekłego.
Westchnęła, podchodząc do drzwi i zapukała cicho, z mocno bijącym sercem. Powtórnie zapukała, tym razem głośniej, mimowolnie zaciskając powieki.
Za drzwiami rozległy się kroki i wreszcie błękitne drzwi uchyliły się na tyle, by zobaczyła, kto za nimi stoi.
James Potter wytrzeszczył oczy, wołając żonę, a Kate szalała z niepokoju, powstrzymując łzy.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [22]

...Gdy nie ma innego wyjścia, trzeba czasem pójść na kompromis... >> niedziela, 21 maja 2006 22:53:33
Jedno spojrzenie na stojący przed nią dom w zupełności wystarczyło jej do podjęcia ostatecznej decyzji.
- Wracamy na przedmieścia, James – powiedziała grobowym głosem, krzyżując ręce na piersiach. – Tu jest… Cóż, koszmarnie.
Potter zerknął na Lily spod grzywki, nieznacznie się marszcząc.
- Nie mamy wyjścia, musimy tu zostać – stwierdził, próbując wziąć ją za rękę.
Wyrwała mu się, cofając się o kilka kroków w tył.
Westchnęła, w skupieniu przyglądając się różowemu budynkowi.
- Twierdzisz zatem, że mamy tu mieszkać? – burknęła, spoglądając na Jamesa spod byka. – Tutaj? W tym domku dla lalek? Chyba żartujesz. Musisz żartować.
Jego poważna mina wytrąciła ją z równowagi.
- Dlaczego to my musimy się ciągle przeprowadzać? – spytała gorzko, podchodząc do niego i zadzierając głowę, by spojrzeć mu w oczy. - Dlaczego to my musimy żyć na walizkach, przenosząc się od domu do domu jak złodzieje? James, dlaczego nie mamy normalnego życia? I nie mów mi, że to wszystko sprowadza się do pracy w Ministerstwie. Chcesz słyszeć prawdę? Mam ją gdzieś. Nie lubię swojej pracy. Wolałabym wyjechać gdzieś na dobre i założyć z tobą prawdziwą rodzinę! Zrobić wszystko, byle nie być tu!
- Musimy tu być – stwierdził, łapiąc Lily za ramiona. – Musimy pomóc w tej walce, nie rozumiesz? Nie tylko my cierpimy przez to wszystko… Wiele ludzi spotkało się z większą tragedią, niż zmiana miejsca zamieszkania! Na Boga, zrozum!
- To ty zrozum, James – syknęła przez zaciśnięte zęby – Nie chcę tak żyć. Nie chcę uciekać przed śmierciożercami, jak ostatnia kretynka. Jeśli mają ochotę, niech przyjdą i mnie zabiją, jeśli koniecznie o to im chodzi. Powiedz mi, po co ta maskarada? Po co to całe tajne stowarzyszenie, które nawet nie ma swojej nazwy? Po co?
Zmrużył oczy, poluźniając uścisk.
- Nie słyszysz się.
Spuściła głowę.
- Pozwól mi walczyć – powiedziała, ściszając głos do szeptu. – Nie ochraniaj mnie. Pozwól mi ruszyć naprzeciw przeznaczeniu.
Bez słowa puścił ją, odwracając się na pięcie. Wziął ich walizki i ruszył w kierunku błękitnych drzwi wejściowych.
- Chodź do środka, zimno się robi – odezwał się głośno, znikając we wnętrzu domostwa.
Rozejrzała się dookoła, w zamyśleniu patrząc na podniszczony trawnik, po czym uniosła głowę, czując na skroniach pierwszą kroplę deszczu.
Niebo zaczęło zmieniać barwę na ciemniejszą, a gwiazdy wychylać spod płaszcza nieboskłonu.
***

Albus Dumbledore żwawym krokiem przemierzał zamkowe korytarze, raz po raz zerkając na swój niepowtarzalny zegarek bez wskazówek. Kąciki jego ust uniosły się leciutko, jakby oczekując drobnej przyjemności, gdy, podawszy hasło gobelinowi, wspiął się po schodach do swojego gabinetu, w którym zastał wysoką, chudą kobietę o surowym spojrzeniu i nieregularnych rysach twarzy.
- Przepraszam za spóźnienie. Musiałem iść po miksturę Poppy… - zaczął pogodnym tonem, wwiercając w kobietę przenikliwe spojrzenie zza okularów-połówek. – Witaj, Dorcas. Usiądź, proszę.
Zamaszystym gestem wskazał jej stojące przed biurkiem krzesło.
Kobieta rozejrzała się niepewnie, kurczowo przyciskając do boku torebkę, po czym ostrożnie usiadła na wskazanym miejscu.
- Pewnie zastanawiasz się, po co ściągnąłem cię tu aż z Europy Wschodniej… - mruknął, włożywszy do ust żółty cukierek. – Może dropsa?
Uśmiechnęła się nieznacznie, przecząco kręcąc głową.
- Panno Meadowes, wbrew pozorom nie umówiłem się tu z panią na niezobowiązującą pogawędkę przy kawie, dlatego proszę słuchać uważnie, o czym będę mówił i spróbować nie uronić ani słowa – uśmiechnął się pokrzepiająco, podbródkiem wskazując byłych dyrektorów Hogwartu, obecnie śpiących w swoich ramach. – Może będzie pani mogła wziąć z nich przykład – zniżył głos do szeptu. – Udają, że śpią, a tak naprawdę nadstawiają uszu, koniecznie chcąc usłyszeć, co mówię.
Gruby czarodziej umiejscowiony w pobliskim obrazie chrapnął tak głośno, że jego tiara przekrzywiła się do przodu, zatrzymując się dokładnie na jego spiczastym nosie.
Dumbledore mrugnął.
- Przy okazji, z jakiego domu wyszłaś? – spytał, obracając w ustach dropsa.
- Byłam w Ravenclawie, dyrektorze – odpowiedziała szorstkim głosem. – Co to ma do rzeczy?
Posłał jej uprzejmy uśmiech, łącząc swe długie palce na wysokości twarzy.
- Opanowałaś oklumencję do perfekcji – stwierdził.
Nieznacznie kiwnęła głową.
- Z wykształcenia jesteś aurorem – kontynuował.
Odpowiedziało mu kolejne niemrawe skinięcie.
- Dorcas, wiem ze swoich źródeł, że nie jesteś zwykłą aurorką. Nie wiem, jak się to określa naukowo, ty mi tego zapewne nie powiesz… Czy mógłbym do tego użyć bardziej sprecyzowanego pojęcia: szpieg? – Otworzyła usta, chcąc udzielić odpowiedzi, ale dyrektor na nią nie czekał. – Nie będę owijał w bawełnę, panno Meadowes. Jest pani tu potrzebna. Do walki z Voldemortem i jego poplecznikami.
Kobieta wyglądała na oszołomioną i zszokowaną.
- To robiłam w tamtej części Europy, ja… - zająknęła się, czując, że mówi za dużo.
- Właśnie – powiedział Dumbledore. – Dlatego, pytam się, czy jesteś gotowa na przyłączenie się do mojego stowarzyszenia… Nie bój się, jest tajne. Zamierzam nadać mu nazwę Zakonu Feniksa.
- Nie wiem, co odpowiedzieć – stwierdziła, nerwowo poprawiając krótkie kosmyki, w bezładzie opadające jej na twarz.
- Każdy z nas ryzykuje życiem, co chyba nie ma większego znaczenia, wziąwszy pod uwagę okoliczności w jakich stajemy do walki. Niemniej jednak, potrzebujemy garści wyszkolonych i gotowych do poświęceń ludzi, z wiadomymi umiejętnościami magicznymi – Dumbledore spojrzał na Dorcas znacząco, unosząc brwi. – Panno Meadowes, czy jest pani gotowa podjąć to ryzyko?
- Ale, moja praca… - zaczęła, ale gdy napotkała naglący wzrok dyrektora, lekko się zgarbiła. – Jestem gotowa.
Albus wstał, z uśmiechem wyciągając do niej rękę.
- Jutro odbywa się pierwsze oficjalne spotkanie. Wyślę pani sowę z miejscem i godziną.
Wstała, wolno kierując się do drzwi.
- Jak we wszystkim, oczywiście, obowiązuje panią... Jak to określić... Zmowa milczenia, panno Meadowes! – krzyknął za nią dyrektor, gdy zamykała drzwi jego gabinetu.
- No, to pięknie – mruknęła sama do siebie, wilgotną dłonią pocierając spocone czoło. - Pięknie.
***

Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem przybywało więcej ofiar. Czarodziejskie cmentarze i kostnice zapełniały się szybciej niż zdążyłoby się wypowiedzieć „a”. Nie wiadomo było, kto jest dobry, a kto zły. Ciągle dochodziły do nich wieści o rozmaitych torturach zadawanych przez śmierciożerców nie tylko czarodziejom, ale także i mugolom.
Ministerstwo Magii było zdesperowane, a ona nie mogła więcej o tym słuchać. Bo, nawet ona, Doris Crockford we własnej osobie, straciła ochotę na życie, podboje i facetów, wobec tych wszystkich tragicznych wydarzeń!
- Co ci jest? – spytał z niepokojem Remus, kiedy, w środku nocy, po raz piąty urządzała sobie wycieczkę do kuchni po mleko.
Od niechcenia wzruszyła ramionami, wolno człapiąc w kierunku lodówki. Miała na stopach swoje nieśmiertelne, żółte laczki.
- Chyba nie chodzi o tego faceta, co?
- Boże, co się uczepiłeś biednego Scotta – mruknęła, wyciągając z kredensu czystą szklankę. – Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to nie o niego. Nie wysłał mi sowy od czasu tej felernej randki.
Remus uniósł brwi, oparłszy się o blat szafki.
- Z tego, co wiem, to chyba jednak wysyłał – powiedział ze zdziwieniem.
Odwróciła się w jego kierunku z szeroko otwartymi oczami.
- Nie gadaj – mruknęła z nieskrywanym niedowierzaniem.
W jej głosie dało się wyczuć znaczne ożywienie.
- Ty chyba już dzisiaj spać nie pójdziesz, co? – zaśmiał się Lupin, lekko szturchając ją w ramię.
Zmarkotniała, wychylając szklankę mleka jednym haustem.
- Skoro pisał, gdzie są te wszystkie stosy pergaminów?
Drzwi kuchni skrzypnęły; do pomieszczenia wszedł Syriusz, z niedawno zapuszczoną brodą i nieprzytomnym spojrzeniem.
- Co wy tu robicie o tej porze? – zapytał zaspanym głosem, zmrużonymi oczyma wpatrując się w Remusa i Doris.
- Urządzamy orgię – wypaliła Doris, wlewając do szklanki kolejną porcję mleka.
Syriusz z wrażenia wybałuszył oczy i otworzył usta.
- Żartowałam – powiedziała Doris, uśmiechając się w lekko pogardliwy sposób. – Nie wiesz, gdzie są jakieś tajemnicze pergaminy, wysyłane mi przez niejakiego gościa imieniem Scott?
Ostatnie słowo dobitnie zaakcentowała, z hałasem odstawiając brudne naczynie do zlewu.
- Są w przedpokoju, na kaloryferze – odparł Syriusz, podchodząc do lodówki.
Remus westchnął, a Doris, w nagłym przypływie energii, rzuciła się do drzwi.
Po chwili zza ściany dotarł do ich uszu wysoki, niekontrolowany pisk.
Bo jej znowu zachciało się być!
- Black, tak poza tym, to się ogól, bo wyglądasz jak cieć!
***

Państwo Potter dawno leżeli już na materacu. Krople deszczu z hałasem rozbijały się o szkło, nie dając Lily spać. James odwrócił się do niej zaraz po wejściu pod kołdrę, nie mówiąc nawet dobranoc.
Przekłamaniem byłoby mówić, że jest zmartwiona. Było jej po prostu źle. Dawno chciała powiedzieć mu, co jej leży na wątrobie… Chyba jednak wybrała trochę niewłaściwy moment.
Z westchnieniem obróciła się do jego pleców i mocno się do nich przytuliła.
- Śpisz? – szepnęła, przyciskając policzek do jego kręgosłupa. – Chcę z tobą porozmawiać.
Uwolnił się z jej ramion i odwrócił do niej twarzą w twarz, zaciskając usta.
- Słucham – powiedział szorstko.
Przymknęła powieki, kładąc dłoń na jego policzku.
- Nie chcę się kłócić – szepnęła.
- Mi też nie jest miło – mruknął głosem twardym jak skała. – Zwłaszcza, że chcę dla ciebie jak najlepiej.
Otworzyła oczy, cofając rękę.
- Pozwól mi o sobie decydować. Chcę stanąć twarzą w twarz w tymi potworami i…
- A ja nie chcę, by ci się coś stało. Nie potrafisz tego zrozumieć, Lily? – powiedział ze złością James, znów się od niej odwracając.
Podparła się na łokciu, przewracając go na plecy.
- Wysłuchaj mnie do końca – nakazała. – Myślisz, że jak ja się czuję, kiedy wiem, że ty idziesz z nimi walczyć? Może uważasz, że jest mi tak łatwo, co? Patrzeć, jak wszyscy dookoła giną. Zerkać w niebo, w poszukiwaniu nowych Mrocznych Znaków i zastanawiać się, do cholery, gdzie jesteś, bo nie raczyłeś wysłać mi sowy przez cały dzień. I siedzę w Ministerstwie, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu…
- Lily, ja… - zaczął James.
- Nie odzywaj się, kiedy mówię – powiedziała, zaczynając płakać. – Mam tego dość, serdecznie dość. I, dobrze, rozumiem, że się o mnie troszczysz, ale małżeństwo to nie jest narzucanie przez jedną stronę swoich przekonań i sposobu na życie, ale raczej, w moim pojęciu, partnerstwo. Dlatego albo mi pozwolisz, albo koniec z nami.
Zerwał się, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
- Nie zrobisz tego – szepnął.
- Owszem, jeśli nie będę miała innego wyjścia – oświadczyła.
- Trzy miesiące i… koniec? – szepnął, jedną ręką przeczesując potargane włosy.
- Jeśli mnie do tego zmusisz – powiedziała, próbując powstrzymać szloch.
Spojrzał na nią, po czym nachylił się, lekko muskając jej wargi swoimi, przy okazji ocierając łzy z jej policzków.
- Będę umierać ze strachu o ciebie – szeptał w przerwach między pocałunkami.
- Dowiesz się, jak czuję się ja, za każdym razem, kiedy wychodzisz z domu…
***

Całe towarzystwo spotkało się w mugolskim mieszkaniu, opuszczonym przez lokatorów najprawdopodobniej na czas dwóch tygodni.
Dumbledore jednym machnięciem różdżki stworzył listę obecności, którą każdy miał podpisać odpowiednim zaklęciem, po czym wszyscy ruszyli w kierunku czterech wielkich kanap, rozsiadając się wygodnie.
Przedtem, zrobiono pamiątkowe zdjęcie.
Tym razem na spotkaniu nie zabrakło również Petera...
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [41]

...Atak... >> środa, 3 maja 2006 00:07:39
Otworzyła szafę na oścież, pod nosem mrucząc coś o nieprzyzwoitych ubraniach; ze zniecierpliwieniem przejrzała się w lustrze, oceniając efekt czterech godzin spędzonych w wannie. Zerknęła na zegarek i głośno zaklęła. Była już dwadzieścia minut spóźniona.
- Doris, możesz sprzątnąć stąd te wszystkie rzeczy? Nie można spokojnie egzystować w tym pomieszczeniu, patrząc na te twoje… przybory – krzyknął do niej Remus.
Jego głos dochodził z łazienki.
Przymknęła oczy, owijając się szczelniej ręcznikiem i pomaszerowała w jego kierunku, z chęcią mordu wymalowaną na twarzy. Zupełnie nie zwrócił na to uwagi, wpatrując się w wymyślny, ogromny biustonosz, który wisiał na jego wskazującym palcu.
- Podniosłem z podłogi – wyjaśnił szybko, widząc jej zbulwersowane spojrzenie.
Wyszarpnęła mu swą prywatną własność, szturchając go w pierś.
- Nigdy nie dotykaj mojej bielizny – syknęła, mrużąc oczy. – A te wszystkie przybory są mi wbrew pozorom potrzebne, jeśli jeszcze nie zdążyłeś sobie tego przyswoić. Mimo, że moje naturalne piękno i tak powala.
Remus uśmiechnął się szeroko, przepuszczając ją w drzwiach. Doris weszła do łazienki i z niesamowitą energią zaczęła sprzątać swoje rzeczy.
- Niewątpliwie powala – przyznał, zakrywając dłonią usta, by się nie roześmiać. – A czy mogę spytać, co to jest? – wskazał na trzymaną przez nią zalotkę.
- Przyrząd do torturowania takich ciekawskich kreatur jak ty – warknęła, z podniesioną głową wychodząc z łazienki.
Ruszył za nią.
- Z kim się umówiłaś? – spytał przymilnie, otwierając jej drzwi do pokoju.
Popatrzyła na niego z mieszaniną zaskoczenia i politowania.
- Dobre pytanie, ale i tak ci nie powiem – burknęła – To nie twoja sprawa. Poza tym, myślałam, że jesteś ponad tym wszystkim. Chodzi mi o gody, oczywiście.
- Gody? – powtórzył z nieodgadnioną miną. - A czy jestem jakiś inny?
- Widać, nie – odpowiedziała cierpko, znów spoglądając na zegarek. – Jeśli zaraz się stąd nie wyniesiesz, kochanie, będę musiała użyć czegoś więcej niż modulacji mego dźwięcznego głosu, więc lepiej posłuchaj i grzecznie oddal się w zakamarki zakażone przez Syriusza, rozsiewającego swą wiecznie depresyjną aurę. Adieu.
- Dobra. Ale powinnaś uważać na porządek, jeśli mieszkasz z trójką facetów pod jednym dachem – powiedział na odchodne, wzruszając ramionami. – A z kim się umówiłaś i tak mi powiesz.
- Co do tych facetów, to jestem skłonna twierdzić, że mieszkam z dwoma – krzyknęła. – Peter się nie liczy!
Dopadła do szafy, wybrała najbardziej wyzywającą bluzkę i spódnicę, jaką posiadała, po czym wybiegła z domu jakby się paliło, pędząc do najbliższej kawiarni za rogiem, gdzie miała się odbyć jej wymarzona randka.
Spóźniona? Tylko godzinę!
Stanęła przed drzwiami, poprawiając loki i oblizując wargi. Weszła, otoczona przez obłok perfum, gotowa na podbój wszechczasów.
A on flirtował z inną... Oj.
***

Stała w kolejce do pana Johna, gdy nagle, wraz z połową pracowników Ministerstwa, została przeniesiona na plac bliżej niezidentyfikowanej mugolskiej wioski. Lily była zdezorientowana, kompletnie nie wiedząc o co chodzi. Spojrzała w szare niebo, a potem na ziemię pod swoimi stopami i odskoczyła do tyłu jak oparzona.
Przed nią rozpościerało się istne pobojowisko. Zmasakrowane ciała leżały jedno na drugim, wyglądając upiornie, niczym porzucone szmaciane lalki, sponiewierane przez niewdzięcznych właścicieli i czas.
- Co się tu stało? – wyjąkała, rozpoznając w rozciągniętym przed nią mężczyźnie o rok młodszego kolegę z Hogwartu.
- Walka ze śmierciożercami – oznajmiła sanitariuszka, przytrzymując Lily za ramię.
Poprowadziła panią Potter do wielkiego pomieszczenia z noszami, gdzie pracownicy szpitala św. Munga opatrywali ciała.
Lily stanęła wraz z innymi w odległym kącie sali, zaszokowana.
Malutka kobieta o ostrych rysach twarzy wyszła na środek i przyłożyła sobie różdżkę do gardła, cicho odchrząkując.
- Nazywam się Dulcie i jestem uzdrowicielką. Zostaliście tu przetransportowani w celu rozpoznania jak największej liczby osób – zaczęła rzeczowym tonem, jakby uczestniczyła w takich akcjach codziennie. - Prosimy was o zidentyfikowanie czarodziejów oraz mugoli, których znacie. Wystrzelacie wtedy ze swojej różdżki niebieski, a później zielony snop iskier. Niewątpliwie, zdarzyła się tu tragedia – zaczerpnęła oddechu, pokasłując. – Nie wiemy, kto jest sprawcą, ale prawdopodobnie wszystko znajdziecie w jutrzejszym numerze Proroka Codziennego – odgarnęła z czoła grzywkę, próbując się uśmiechnąć. – Powodzenia. Prosimy o przesuwanie się rzędami w kolejności. Przed wejściem czekają na was specjalnie odkażone magiczne maski. Nie przejmujcie się, gdy nadepniecie na coś śliskiego i nieprzyjemnego; niektórym zwłokom mogło się coś stać. Jeśli znajdziecie kogoś z rodziny, prosimy o nie ruszanie ciała. Pamiętajcie, są w bardzo złym stanie.
Przyjąwszy do wiadomości instrukcje, wszyscy potaknęli ponuro, sunąc ku posiniałym ludziom. Wielu z nich wciąż wlatywało do pomieszczenia, opadając na białe tkaniny rozciągnięte na niewidzialnych rurkach. Lily pobladła, starając się przypomnieć sobie, gdzie miał znajdować się tego dnia James. Od rana go nie widziała.
Obok niej rozbrzmiewały szepty pełne rozpaczy. Jej towarzysze płakali i przesuwali się między rzędami, a ona ciągle stała w miejscu, nie mogąc się ruszyć.
- Dobrze się pani czuje? – usłyszała dochodzący jakby z oddali troskliwy głos uzdrowicielki.
Powiedziała, że wszystko z nią w porządku i ruszyła w kierunku noszy.
Nie zdążyła dojść.
W pomieszczeniu rozległ się mrożący krew w żyłach śmiech. Wszyscy zamarli. Jeden z mężczyzn rzucił się do ucieczki. Odruchowo wyciągnęła przed siebie różdżkę, zagryzając wargi.
Do uszu Lily dobiegł syk i podniesione głosy. Po chwili zamrugała, z przerażeniem odnotowując, że wszystkie martwe ciała nagle powstają. Gorączkowo zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu kogoś znajomego.
- Armia Inferich – szepnęła z niedowierzaniem, gdy ciała ruszyły w jej kierunku.
Dotąd mogła tylko o tym czytać.
Zdążyła jeszcze zobaczyć mnóstwo postaci w czarnych płaszczach i lecące w jej kierunku zielone światło. Wystrzeliła kilka oszałamiaczy i rzuciła się w kierunku drzwi. Coś pociągnęło ją za nogę; przewróciła się, o mało nie trafiając głową w kamień.
Zacisnęła powieki i zgrzytnęła zębami. Rozległ się cichy dźwięk; znalazła się w domu.
Wstała, dysząc. Musiała podeprzeć się o stół, brudząc go błotem.
Cud, że w ogóle zdołała się skupić.
- JAMES! – wrzasnęła, łapiąc się za serce.
Rozpaczliwie chciała, by był w domu.
Niespodziewanie coś poruszyło się za jej plecami. Rozległy się ciche plasknięcia… Zamarła, nasłuchując.
Powoli się obróciła. Znów stanęła twarzą w twarz z żywym trupem. Podniosła lekko różdżkę, zaciskając usta.
- Ani. Kroku. Dalej – wycedziła, z paniką w głosie, lekko się cofając.
Gdy zaklęciem ugodziła w pierś Inferiego, a ten padł na kafelki u jej stóp, osunęła się na podłogę.
Najpierw poczuła ulgę; potem zaczęła płakać.
***

Stanęła przed stolikiem, wysoko unosząc brwi. W pierwszej chwili ani chłopak, ani jego towarzyszka jej nie zauważyli. Przebierała nogami, niecierpliwie stukając paznokciem o torebkę. Gdy wreszcie podniósł głowę, rzuciła mu pełne uwielbienia spojrzenie i z głupawym wyrazem twarzy szturchnęła siedzącą obok blondynę.
- Czy ja o czymś nie wiem? – spytała butnie, gdy tamta zrobiła jej miejsce, nie wysilając się na powitania.
Przy okazji poprawiła jedno z ramiączek, starając się uzyskać efekt wielkich, zranionych oczu.
Chyba pierwszy raz w życiu była tak zazdrosna!
- Skąd – chłopak zaprzeczył gwałtownie, zakrywając usta dłonią. – Nic się tu nie działo. Tylko… rozmawialiśmy.
Doris spojrzała na niego podejrzliwie, rozglądając się po kawiarni, która wyglądała jakby była urządzana przez pijanego dekoratora wnętrz.
- Ciekawy wystrój – powiedziała po krótkiej chwili. – To tak zdobywasz dziewczyny? Jeśli nie na dachu, to tutaj?
- Nie zdobywam – odparł, wpatrując się w końcówki swoich świeżo podciętych włosów. – To ja jestem zdobywany.
Był bardzo pewny siebie. Co, nawiasem mówiąc, lekko doprowadzało ją do szału.
- Rozumiem – odparła, wolno sącząc jad. – Zasada muchy do lepu.
Roześmiał się, przechylając się na krześle, jakby nie usłyszał w jej głosie ironii. Zrobiła słodką minkę i ułożyła usta w serduszko. Skinął dłonią na kelnerkę.
- Coś w tym rodzaju – stwierdził, składając zamówienie.
- Tylko czegoś tu nie rozumiem. Umawiasz się ze mną, a przy okazji podrywasz jakąś dziewczynkę tuż pod moim nosem… - zaczęła szybko, marszcząc brwi.
Pochylił się nad stolikiem, uśmiechając się kącikiem ust.
- Może chciałem, żebyś była zazdrosna?
- A tak naprawdę? Chciałeś? – spytała z wahaniem, wlepiwszy wzrok w jego wargi.
- Nie mogę ci tego zdradzić – odparł tajemniczo, z gracją wlewając do kawy śmietankę. – Ale, przyznaj się, jesteś zazdrosna.
Sięgnęła po cukier, zaciskając wargi. Jak na zwykłą randkę, była zdecydowanie za bardzo podenerwowana.
- Trafiłam na swego – mruknęła kąśliwie, głośno odstawiając cukiernicę na miejsce.
Dopiero teraz to zauważyła?
- Co? – spytał inteligentnie, patrząc na nią wyczekująco.
Strzepnęła z jego czoła kosmyk blond włosów i nachyliła się ku niemu uwodzicielsko, przypominając sobie o tym, o czym przez chwilę, zdawało się, zapomniała. Miała go w sobie rozkochać, a nie robić z siebie jakąś onieśmieloną idiotkę.
- Scott, nie dam sobą manipulować – powiedziała cicho, przewracając oczami. – Nie jestem małą dziewczynką.
Odchrząknął.
- Wiesz, to raczej widać.
- Jesteś okropny – stwierdziła, zaśmiawszy się sztucznie. – Oceniasz mnie po tuszy.
Z wystudiowaną opieszałością odebrała od kelnera talerzyk z szarlotką i zalotnie zatrzepotała rzęsami.
- Skoro jestem taki jak ty, to ty też musisz mieć jakąś strategię rwania mężczyzn, Doris… - zaczął wolno Scott, nadal się uśmiechając.
- Z mężczyznami jest różnie. Mówią, że to baby są zmienne jak wachlarzyk na wietrze, czy coś w tym rodzaju, a tak naprawdę to oni zachowują się jak baby, albo jeszcze gorzej. Jak dzieci wyjęte z domu wariatów – powiedziała z ustami pełnymi ciasta, rozglądając się dookoła.
- Ciekawe. Osobiście uważam, że wcale nie jestem dzieckiem wyjętym z domu wariatów – odparł, nieco urażony.
- Nie. Bo jesteś beznadziejnym przypadkiem współczesnego Casanovy, Scott. A raczej ty sam myślisz, że nim jesteś – odpowiedziała Doris, beztrosko machając w powietrzu żółtym laczkiem.
- To kim ty jesteś, w takim razie? – spytał cicho, przechylając głowę.
- Nie wiem – powiedziała szczerze. – Ale wiem, że twoje sztuczki na mnie nie działają. Wymyśl coś innego, bo się nudzę.
Ostentacyjnie ziewnęła, ale na nim jakby nie zrobiło to większego wrażenia. Nawet nie mrugnął.
- Skoro już rozmawiamy o sztuce uwodzenia, to jak sądzisz, jak to jest z tymi, hm, dzieciakami? – spytał.
- Trzeba dozować im przyjemność… To wszystko jest jak z pączkiem, sam rozumiesz. Gdy jesz, jest okej, ale jak trafiasz na nadzienie… Zaostrza się apetyt – oświadczyła.
- Czy zaostrzyłem ci apetyt?
- Nie – skłamała – Zastanawiam się tylko, po co wprosiłam cię na wesele, skoro co chwilę się zmieniasz… Najpierw nieśmiały chłopiec na dachu, potem zabawny kompan, a teraz wytrawny uwodziciel. Zaskakujesz mnie, to wszystko.
Uśmiechnęła się słodko i ostrożnie wzięła do ręki filiżankę, zabawnie odchylając mały paluszek.
Westchnął, zatrzymując spojrzenie na jej butach.
- Czy ty aby nie masz na sobie papci?
Wyglądał na rozbawionego.
- Nie za dużo tych pyt… Słucham?
Doris kręciła się w miejscu, aż nagle zastygła, z przerażeniem wpatrując się w chłopaka.
- Mam na sobie kapcie? – pisnęła z niedowierzaniem, a on kiwnął głową.
Właściciel kawiarni nigdy nie wiedział szybciej biegnącej kobiety.
Bo tylko jej mogło się to przytrafić.
***

Wszedł do domu, głodny i zły jak diabli. Dwa ataki śmierciożerców jednego dnia... To było zdecydowanie ponad jego siły. Starał się zachować dystans i spokój, ale nie do końca mu się udało. Zresztą, trudno się temu dziwić.
Szybko ściągnął kurtkę i powiesił ją na wieszaku, chcąc skierować się prosto do sypialni. Czuł się wykończony.
James wyprostował się, pomachał głową w prawo i lewo, po czym ruszył leniwie w kierunku schodów. W połowie drogi zatrzymały go dziwne dźwięki dochodzące z kuchni. Zawrócił, marszcząc brwi. Gdy otworzył drzwi, w nozdrza uderzył go mocny zapach zgnilizny. Podniósł głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając w kącie swoją żonę, płaczącą nad jakimś mężczyzną.
- Lily, kto to jest? – spytał cicho, kucnąwszy przy niej.
Podniosła na niego wzrok. Policzki miała zaróżowione, a oczy zapuchnięte od płaczu.
- Nie wiem – wyjąkała.
Potter zmarszczył brwi.
- Skąd się tu wziął?
- Znalazłam się na jakimś placu, a potem, potem… potem mieliśmy rozpoznawać… mieliśmy rozpoznawać ludzi… och, James, to było okropne, bo potem przyszli ludzie w czarnych kapturach i Inferie rzuciły się… - wypluwała z siebie Lily, wpijając paznokcie w ciało męża. – Ledwo się wydostałam.
Wyrzuciła z siebie jeszcze kilka niezdarnie skonstruowanych zdań, czepiając się jego koszuli.
- Byłaś tam? – zapytał z niedowierzaniem. – Zabrali was tam? Dlaczego?
- Nie wiem, naprawdę… Po prostu to zrobili. I już – stwierdziła słabo, przytulając się do jego piersi.
- Jak udało ci się uciec? – odezwał się po chwili, mocniej ją do siebie przyciskając.
- Teleportowałam się. W ostatniej chwili.
Teraz był pewien. Wojna się zaczęła. Na dobre.
- Musimy jak najszybciej znaleźć Strażnika Tajemnicy. Albo się przenosimy, Lily. Nie możemy tu zostać.
- Syriusz – wyszeptała.
James pokręcił głową.
- Nie zgodził się.
Wyprostowała się, wyplątując się z jego ramion.
- Jak to?
- Po prostu. Nie chce – powiedział James, przeczesując dłonią włosy.
- Trzeba przemówić mu do rozsądku – powiedziała dziewczyna rozpaczliwie, przygryzając wargę.
Inferi poruszył się za plecami Jamesa. Chłopak odwrócił się i ugodził go zaklęciem.
- Chodźmy go w coś włożyć… A potem idziemy do Ministerstwa skopać urzędnikom tyłki.
- Kocham cię, James.
- Wiem.
***

Cała czwórka siedziała w salonie, nachylając się nad specjalnym wydaniem Proroka Codziennego.
- Prędzej czy później musieli zaatakować – westchnął Syriusz, przeczytawszy artykuł. – Spodziewaliśmy się tego od dłuższego czasu.
Doris i Remus popatrzyli po sobie, unosząc brwi.
- Ale nie w taki sposób – odezwał się Lupin. – Zaatakowali groźniej niż mogliśmy w ogóle przypuszczać.
- Mamy Dumbledora! – pisnął Peter.
- Nawet on jest człowiekiem, Pettigrew… - mruknęła Doris z dezaprobatą, obracając różdżkę między palcami.
- Ale chyba zwołuje jakieś zebrania, prawda? Te, na które chodziliście od czasu do czasu, kiedy ja byłem w pracy, pamiętacie?
Dziewczyna spojrzała na niego dziwnie, wstała i ruszyła do sypialni, kręcąc głową.
- Peter, wiesz przecież, że zawsze jesteśmy koło Gringotta. O tej porze, kiedy dostajemy sowy – syknął Syriusz.
Peter zachichotał, nachylając się nad czarnym notesem. Wpisał tam wszystko, co udało mu się usłyszeć. I tak nikt nie zwrócił na to uwagi.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [26]

...Sznur... >> poniedziałek, 3 kwietnia 2006 21:53:46
We włosy została wpięta ostatnia spinka, welon trzymał się w miarę dobrze, a prawdopodobieństwo jakiegoś wypadku było minimalne… Lily z ulgą uśmiechnęła się do swojego odbicia. Zdążyła. Dochodziło południe, niebo było pogodne i nic, absolutnie nic nie mogło popsuć jej tego dnia. W końcu, niecodziennie wychodzi się za mąż.
Wygładziła fałdy prostej sukni i z trudem wstała, starając się utrzymać równowagę na zbyt wysokich obcasach, byle tylko nie runąć na brudną posadzkę zakrystii. Doris, która wybierała jej buty, z łobuzerskim uśmiechem wzruszyła ramionami, spoglądając na pannę młodą jakby zasłoniętym mgłą wzrokiem.
- Ile zostało? – szepnęła Lil, gdy wreszcie zdołała się wyprostować.
Dziewczyna popatrzyła na nią dziwnie, wyrwana z marzeń.
- Dziesięć minut. Pamiętaj, masz być spokojna. Wdech, wydech – mruknęła, wystawiając głowę za drzwi, by zobaczyć ile zebrało się gości. – Chyba zaprosiliście całe Ministerstwo…
- Nie przesadzaj – zaśmiała się Evans, biorąc od niej bukiet. – Jest tam ta dziewczyna, o której ci opowiadałam?
Nastała chwila milczenia.
- Nie – oświadczyła Doris, zamykając z trzaskiem drzwi. – Nie ma jej. Podziwiam cię, że jesteś taka opanowana.
Lily westchnęła cicho, wycierając chusteczką spocone dłonie.
- Tylko udaję.
***

W małym kościółku na skraju Londynu zapanowała kompletna cisza, gdy wysoki mężczyzna z rozanieloną twarzą pojawił się przed ołtarzem, wyprostowany jak struna. Na przystrojonych bielą ławkach zasiedli różnej maści, dziwnie ubrani ludzie. Przez kolorowe witraże wpadały do środka wąskie strumienie światła. Pomieszczenie zdawało się promieniować.
James uśmiechał się szeroko, lekko podenerwowany, od czasu do czasu ze strachem zerkając na zebranych. W pobliżu stał Remus; lekki uśmiech błąkał się na jego ustach, gdy spoglądał na leżące przed nim obrączki. Syriusz siedział w pierwszej ławce, trzymając na kolanach klatkę z dwoma młodymi gołąbkami, a Peter pałętał się gdzieś z boku, dostając w przydziale nieco mniej szlachetną funkcję - dzierżył w ręku aparat, by wszystko zostało należycie uwiecznione. Goście wiercili się na swoich miejscach, niecierpliwie wyciągając szyje. Wydawałoby się, że tylko Hagrid i Dumbledore wyglądają na spokojnych.
Ksiądz wyszedł na środek, krzywo uśmiechając się do zebranych. Mimo usilnych starań Doris o innego kapłana, nie udało się go wymienić. Pozostał im tylko on – sarkastyczny, zgorzkniały mężczyzna, który nie wie, co to szczęście. Ale, w końcu, wszystkiego mieć nie można.
Potter podskoczył, gdy drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, a o jego uszy obiły się pierwsze dźwięki wypluwane przez organy. Po sekundzie nie słyszał już nic, widząc przed sobą jedynie Lily, która szła ku niemu wolno, niczym senne marzenie. Przez chwilę myślał, że zniknie mu z oczu.
Doris, z dumnie wypiętą piersią szła za Lily, trzymając swój skromny bukiecik w pogotowiu. Wyzywająco spoglądała na Scotta, który co chwilę taksował ją wzrokiem od góry do dołu, w dość niedwuznaczny sposób. Nie mogli powstrzymać się nawet teraz.
Lily miała pamiętać tę chwilę jako mgliste wspomnienie, kiedy to sunęła do ołtarza, pełna obaw i wątpliwości, o mało nie upadając przed stopami przyszłego małżonka. Jak się okazało, czubek jej buta zahaczył się o lekko naderwaną lamówkę.
Gdy Remus z uśmiechem popatrzył na Doris, puszczając do niej oko, a młodzi stanęli koło siebie, wpatrując się w kapłana, wszyscy mimowolnie wstrzymali oddechy. Niektórym puściły nerwy; po pomieszczeniu rozległo się parę szlochów i śmiechów.
Wszyscy nagle zobaczyli przed sobą nie dorosłą kobietę i mężczyznę, szaleńczo w sobie zakochanych, pragnących się z całej siły, ale dwójkę kapryśnych piętnastolatków - Lily, dziewczynę z grubymi, rudymi włosami, jeszcze wtedy za sztywną, posiadającą mnóstwo zasad, oraz chłopca o wystających kolanach i wiecznie rozczochraną czupryną. To on pierwszy zapałał wątłym, młodzieńczym uczuciem, które miało się przerodzić w coś poważnego. Coś, co zaprowadziło tę dwójkę aż tu, do tego kościoła. Gdzie ich serca miały połączyć się niewidzialnym sznurem, którego nic nigdy nie rozłączy. Nawet śmierć.
Gołębie wyfrunęły na wolność, błysnął flesz.
Dusze stopiły się w jedno, a oni powiedzieli „tak”.

Ani Kate ani Petunia nie pojawiły się na uroczystości. Rodzice Lily przyszli na parę godzin, po czym czmychnęli, nie wysilając się na żadne tłumaczenia.
Młodzi wyszli z kościoła, zwyczajowo zostali obsypani ryżem, po czym wsiedli do karety, która odwiozła ich do miejsca, w którym miało się odbyć wesele. Reszta się teleportowała.
***

Oparła się na łokciu, odgarniając z jego czoła niesforny kosmyk kruczoczarnych włosów. Uśmiechnęła się, gładząc go po zarumienionym policzku. Była obłędnie szczęśliwa w jego ramionach, jako jego żona.
- Nosisz teraz piękne nazwisko – wymruczał, sennie się do niej uśmiechając.
Zaśmiała się, opierając głowę na jego szyi.
- Lily Potter. Jak to brzmi? – powiedziała, udając, że się zastanawia. – Szczerze mówiąc, dziwnie się czułam, gdy wczoraj McGonagall się tak do mnie zwróciła… Nie wiem, co wszystkim odpaliło z tymi wspominkami.
- Trudno im w to wszystko uwierzyć. Mi też... – odparł James, zanurzając twarz w jej włosach. – Zastanowiłaś się, kto będzie naszym Strażnikiem Tajemnicy? Jeśli szybko tego nie załatwimy, nasz dom nie będzie bezpieczny… Za dużo się ostatnio dzieje, by to tak zostawić. Na pastwę losu… - wymruczał.
- Syriusz – oświadczyła zdecydowanie, przyglądając się orzechowym oczom Jamesa. – On będzie najodpowiedniejszy.
Świeżo upieczony mąż uśmiechnął się lekko.
- Masz rację.
***

Syriusz stał przy oknie, nieprzytomnym wzrokiem patrząc w dal. Słońce powoli zachodziło, znikając mu z oczu. Oparł się o parapet, spoglądając w dół, na idących po chodniku przechodniów. Pomyśleć, że wśród nich mógł ją zobaczyć i dowiedzieć się, jak to było naprawdę… Czy na pewno dołączyła do śmierciożerców? Czy próbowała go zwerbować, tak jak twierdził Remus?
Sara… Przez długi, naprawdę długi czas starał się o niej zapomnieć. Udało się. Aż do czasu tego przeklętego listu z Azkabanu... Wyciągnął z kieszeni czarną kopertę, jeszcze raz rozczytując brzydkie pismo.
Pocałunek dementora. Ciarki przeszły mu po plecach.
W pełni zdał sobie sprawę, co jej zrobili.
Zacisnął pięść.
***

Caroline spoglądała w pochmurne niebo, niecierpliwie oczekując przyjścia małego pana Pettigrew. W pobliżu pojawiło się już paru śmierciożerców. Rzucali jej ukradkowe spojrzenia, a ona dokładnie wiedziała, o co im chodzi. Do pojawienia się Czarnego Pana zostało tylko kilka minut. Nie znosił, gdy ktoś spóźniał się na spotkania z nim. Jeśli Peter się nie zjawi, to ona poniesie karę. Bardzo bolesną.
Kopnęła z impetem kamyk, który, o dziwo, odbił się od czegoś miękkiego. Podniosła głowę, a czarne, proste włosy opadły jej na twarz.
- Jak śmiesz pojawiać się tak późno? – warknęła, podchodząc do małego człowieczka i ciągnąc go za poły szaty, w kierunku namalowanego kręgu. – Nie jesteś jeszcze pełnoprawnym śmierciożercą, ale zapewniam cię, że gdybyś był, wypa…
- Dość – zimny syk rozległ się echem po pustej przestrzeni, a kobieta umilkła, lekko speszona.
- Witaj, Panie – powiedziała, siląc się na spokojny ton, choć w rzeczywistości drżała z tłumionej wściekłości.
Peter poczuł, jak kręgosłup mu sztywnieje, a po chwili sam się zgina. Nie miał pojęcia, co się dzieje.
- Caroline, spokojnie, nie unoś się… Dajesz zły przykład naszemu nowemu koledze – syknął człowiek nazwany Panem, mrużąc oczy. – Co masz nam do powiedzenia, Peter?
- On wie mnóstwo o towarzy… - zaczęła Caroline, ale głos uwiązł jej w gardle. Nagle nie mogła powiedzieć ani słowa.
Zimna dłoń złapała ją za podbródek i uniosła w górę. Popatrzyła prosto w oczy najgroźniejszemu czarnoksiężnikowi wszechczasów.
- Ktoś cię pytał o zdanie? – syknął Czarny Pan, wykrzywiając usta w dziwnym grymasie.
- Nie – wyjąkała z trudem.
- Crucio - mruknął mężczyzna, pozwalając jej upaść na ziemię i wić się bezgłośnie w spazmach bólu. – Mów, chłopcze – zwrócił się do Petera głosem słodkim jak miód.
Glizdogon patrzył na Caroline z trwogą, głośno przełykając ślinę. Cała armia pod czarnymi kapturami patrzyła na niego wyczekująco. Zaczerpnął oddechu.
- Mam mnóstwo informacji pochodzących wprost od sprzymierzeńców Dumbledora. I będę miał ich więcej.
- Wyśmienicie – zasyczał Czarny Pan.
Peter podskoczył.
***

W okno Syriusza zapukała sowa. Odkąd James i Lily wyprowadzili się do domu na przedmieściach, mieszkanie wydawało się strasznie puste. Stukanie rozniosło się po pomieszczeniu jeszcze głośniej niż normalnie.
Ostrożnie rozwinął pergamin, marszcząc brwi.
Odwrócił go na drugą stronę i naskrobał odpowiedź. Dwa słowa: „Nie mogę”.
By: Alexandra. All rights reserved!

komentarze [36]